piątek, 22 września 2017

Byłam przekonana, że jest osobą, na którą czekałam. Że tylko musiałam trochę wytrzymać dłużej. Bo przecież pasujemy do siebie idealnie. Tak wiele nas łączy, tak bardzo się zgadzamy. Powierzał mi rzeczy, których – jak sam twierdzi – nie znał nikt poza jego najbliższymi. A więc czułam się wyróżniona. I ta tęsknota, o której pisał, która z niego wypływała… Marzyłam, żeby towarzyszyć mu w tej drodze, którą idzie; by mu pomagać, wspierać go, inspirować. Słuchałam muzyki, której on słuchał i czułam, że przenikamy się gdzieś na jakiejś niewidocznej płaszczyźnie, do której wpuścił mnie z ostrożnością. Marzyłam, że kiedyś będziemy razem zanurzać się w tym świecie. W jednym pokoju. Że będzie mi dane zanurzyć rękę w jego włosach. Wyobrażałam sobie, jak razem w milczeniu siedzimy na ławce i wpatrujemy się w horyzont. Pragnęłam ukoić jego zmarznięte z zimna palce w swoich dłoniach. Bo mam zawsze ciepłe ręce.



wtorek, 12 września 2017

- W takim razie nic z tego nie będzie.- powiedziałam.
- Dlaczego? Czy jest Ci ze mną źle? Źle się ze mną bawisz?
- A może pobawimy się na moich warunkach?
- Co masz na myśli?
- Pobawmy się w dom. Ty zostaniesz moją miłością życia, a ja Twoją. Będziemy żyć ze sobą do końca swoich dni na tej ziemi. Będziemy mieli swoje prace, czasami będziemy się w nich zatracać, ale to będą wciąż nasze pasje. Zbudujemy nasz własny, mały dom, gdzieś na przedmieściach. Zaadoptujemy trzy psy, bo na dzieci się nie zdecydujemy. Sami będziemy wiecznymi dziećmi, więc dla bezpieczeństwa naszego i nie tylko, lepiej będzie nam szło wychowywanie psów. Będę nam parzyła wieczorem ulubioną herbatę z cytryną. Ty w zimie będziesz rozpalał kominek, przy którym będziesz grzał zmarznięte ręce. Co niedziele zanim wstaniesz, będziesz czuł zapach ulubionej szarlotki. Wszystkie śniadania jak i kolacje będziemy jedli zawsze razem, bo wspólny posiłek to ważna rzecz w każdym związku. Dwa razy do roku będziemy jeździli w nasze ulubione miejsce jakim są Mazury i to piękne jezioro, o którym będzie wiedziało tak mało osób.Kłótnie? Częste, ale nie groźne. Pominę te kilka razy kiedy talerz obije się o ścinę, ale nie pominę nigdy tego namiętnego seksu po każdej z tych kłótni. Będąc przy seksie, zawsze będę mówiła, że jesteś najlepszy. Postaramy się, aby Ci ludzie, którzy twierdzą, że namiętność z biegiem lat przemija, patrzyli na nas i widzieli coś zupełnie innego. Jeżeli zastanawiasz się, czy wzięliśmy ślub w tej zabawie to TAK, wzięliśmy, ale tak jak Ci zawsze mówiłam, zostałam przy swoim nazwisku, Twoje nadal mi się nie podoba.
Nie będziemy uchodzili za idealną parę, oboje mamy niewyparzone języki i to nam nie przejdzie, ale nigdy nie pozwolimy powiedzieć na siebie złego słowa. Wiesz coś na zasadzie, ja na Ciebie mogę mówić "idiota", ale dla innych lepiej żeby sobie nie pozwalali.

Z biegiem lat utwierdzisz się w przekonaniu jaki byłbyś głupi gdybyś wtedy podczas tej rozmowy powiedział NIE, ile byś wtedy stracił. - skończyłam, rozmarzona wizją naszej wspólnej przyszłości. Czekałam na jego reakcję, która niestety nie przychodziła. Spojrzałam na niego, a jego oczy mówiły więcej niż on sam. On tego nie chciał, a nawet nie musiał mówić. Ja już sama wiedziałam, że on nie zna zasad tej gry i nie chce ich poznać.

-Aniu.. wiesz..- zaczął, ale szybko mu przerwałam.
- Wiem, widzę to po Tobie. Zdążyłam Cię już na tyle poznać, aby wiedzieć co chcesz powiedzieć.
- Przepraszam.- tyle zdołał z siebie wykrztusić.
- Czyli nie pobawimy się w dom...- wyszeptałam szybko, automatycznie pod nosem, wstałam i wyszłam.

- Czarne Buty

czwartek, 7 września 2017


"To jest rak a my mamy z nim wojnę,   zdrada na wojnie karana jest śmiercią "

Zostałam chyba oficjalnie żywym manekinem dla studentów medycyny. 
Jeden plus taki że tym dzieciakom się jeszcze naprawdę chce .
Serio . 
Są mili,  rozmawiają i są troskliwi .
Co nie zmienia faktu, że takie rekordy mnie nie zadowalaja .
Takie rekordy to ja serdecznie pierdole .
Jestem zmęczona .
Bardzo zmęczona .

Często slyszymy usprawiedliwienie - "ja nie potrafię kochać". 
Najczęściej mówią tak Ci, którzy są przepełnieni miłością, tylko boja się ją komukolwiek podarować. 
Nosza w sobie latami miłość trudną i nieufną. 

Bo boli bo często sprawia, że cierpimy. 
Udajemy że wystarcza nam przetrwanie, że nasze życie jest szczęśliwe. Tymczasem nieszczęście miłości to też szczęście poznania.
 Nie nauczymy się fruwać bez skrzydeł emocji. 
Nie poznamy życia nie pozwalając sobie na miłość.


niedziela, 3 września 2017

Nie lubię niedopowiedzen i nie dokonczonych spraw. 
Nie lubię nie wymienionych sytuacji .
Nie lubię też kłótni .
Nie lubię niczego co wiążę się z milczeniem .
I choć podobno milczenie ma swoje plusy a ja sama milczenie darzę ogromną sympatią to sa sytuację w życiu w których milczenie psuje wszystko .
Milczenie czasem ma formę olewactwa.
Czasem to konieczność bo tak a nie inaczej potoczyło się życie i trzeba to milczenie uszanować .

Jestem jednak takim typem człowieka , zazwyczaj po kłótni to ja wyciągampierwsza rękę . Może na zgodę ? A może tylko w celu wyjaśnienia i ostatecznego zamknięcia pewnych spraw .
Tak czy tak często to robię .

Kobiety z ktirymi często gadam na te tematy uważają inaczej .
Mówią coś na zasadzie : Ja ? W życiu sie nie odezwę !  Niech się martwi , niech myśli , niech cierpi , niech się stara .
Tak to idzie . Mniej więcej w ten deseń .
Tylko ....
Faceci tego nie robią. 
Nie analizują takich rzeczy .
Biorą to raczej za stan faktyczny .

Pisałam nieraz jak rozpada się miłość .
Nagle mniej rozmawiacie,  Czy coraz częściej wychodzicie osobno , chwila moment i okazuje się ze już nie potrzebujemy codzień dotyku dłoni , czy ważnych słów .
Żyjemy razem każde jednak coraz mocniej w swoim świecie .
Budując nowe cele , marzac o nowych rzeczach , przeżywając wiele pierwszych razow w których już nie koniecznie jest ta druga osoba .
Rozmowy ograniczają się do : wynies śmieci,  u mnie wporzadku , znów mnie w pracy wkurwia księgowa , jak dzieci i co dziś zamawiamy .
Tak właśnie powoli z różnych przyczyn tworzy się fikcja .
Fikcja która nadal nazywamy związkiem , małżeństwem czy partnerstwem.
Jak kto chce .
I często nic się nie wydarzyło .
I jakby się przyjrzeć nie wiadomo w którym momencie to się zaczęło sypać .
Bardzo często żyjemy tą fikcją będąc zwyczajnie nieszczesliwi. 
Tworząc i budując drugie życie na boku. 
Myśląc sobie ze dajmy na to poswiecilam jej 10 lat życia , a przecież tak naprawdę .. naprawdę chciałam mieć więcej dzieci których on nie chce , chciałam mieć psa którego on nie toleruje, chciałam być w Grecji ale nigdy nie możemy tego zorganizować   chciałam się realizować w innej pracy ale on by tego nie zrozumiał ...
No cóż .
No trudno .
Może kiedyś .
A prawda jest taka ze już zapewne nigdy .
Później przychodzi tak zwane rozliczenie .
Co już mamy , czyli dajmy na to mieszkanie które będziemy spłacać razem lat 30, trójkę dzieci które przecież już sa i trzeba je jakoś wychować , i jak teraz ? Od początku ? 
Co z tym mieszkaniem,  tymi dziećmi,  tesciami,  relacjami rodzinnymi , zobowiązaniami wobec szwagra i ciotki z Krakowa.

Wspomnienia.
Przecież było tak pięknie .
Kiedyś .. tam kilka lat temu w Mikołajkach . Tak na mnie patrzył , tak zachlanmie wkladal mi rękę za bluzkę , a później ta romantyczna kolacja pod gołym niebem .
Umiał . Gdzieś to w nim jest .
Może znów się obudzi ? 
Zazwyczaj się nie budzi .
A jeśli nawet to w jednym .
Nie często w obojgu naraz. 
Tak się ludziom w życiu rozjezdzsja wartości , związki , cele i miłość .

A później to albo trwasz w tej fikcji ..
Albo trwasz w tej fikcji i robisz swoje na boku .
Albo stawiasz wszystko na jedną kartę i albo wygrywasz albo całkiem przegrywasz swoje życie .

A jak się traci przyjaźń ?
Kiedy zauważasz że co ? No właśnie .
Ze ktoś zaczyna Cię zlewac ? 
Mniej ufać?  
Nie mieć czasu , ochoty i chęci ?
Jak psuje się przyjaźń ? 
Teoretycznie przecież to relacja na innym poziomie .
Z innymi emocjami .
Właśnie!  A może związki  kończą się kiedy nie tyle gaśnie w nich pożądanie i zwierzęcy seks jak na początku a właśnie wtedy kiedy umiera w nich przyjaźń ?

Zawsze mówiłam że przyjaźń to fundament życia i że jest najważniejsza .
Tylko tyle o ile związki łatwiej zjada rutyna to co zabija przyjaźń ? 
Ależ mam teraz zagwostke. 

W każdym razie z uwagi na wydarzenia ostatnich tygodni często i tym myślę .
Bardzo często .
Najbardziej jednak męczy mnie jedna sprawa .
Jak to jest ze jest taki czas kiedy potrafimy dac z siebie wszystko .
Być . Dbać . Trwać. 
Poświęcać sobie uwagę czas , troszczyć się .
Jak to mówi Maly Książę : 
Poświęcać sobie tyle czasu ze poczuliśmy się ważni ...
A później to wszystko koncertowo zjebać.
Ciężko mi zrozumieć jak to jest ze ludzie sa dla siebie tak ważni a później potrafią być dla siebie zwyczajnie obcy .
Rozumiem jeszcze kiedy wydarzy się coś co to wszystko popsuje , ale sa sytuację ze nie dzieje się nic , nic konkretnego a wszystko się konkretnie pierdoli .

Ciężko mi budować relację z nowymi ludźmi . Ciężko mi z racji tego ze ja im po prostu nie wierzę .
Ciężko mi żyć i poszerzać swoje grono przyjaciół z racji tego że doświadczenie uczy mnie ze to się po prostu kończy .
Pstryk i nie ma .
Dziś czy za rok minieny się na ulicy i tego po prostu nie będzie .
Cały czas ktiry Ci dałam wszystkie emocje które w to włożyłam pójdą na chuj i w kosmos .

Ja nie umiem się przyjaznic "trochę ".
No po prostu nie umiem .
Nie umiem być "czasem" czy wtedy gdy mi odpowiada .
Jestem zawsze . Jak jest źle tragicznie i przezabawnie. 
Staram się być .
No i o ile moje przyjaźnie z kobietami trwają latami. 
Tak z facetami nie umiem .

Ostatnio sen miałam .
Przeszłość mi się snila. 
Dość realnie bo miejsca i czas pamiętam. 
Był most i zimny szczypiacy wiatr .
Do tej pory kiedy tam bywam stale sobie oparta obarierke , patrząc na wodę wspominam .
To dobre wspomnienia .
Naprawdę dobre wspomnienia. 
Dość niezwykle i burzliwe ale dobre .
I się wkurwilam .
Ze złości się poplakalam normalnie .
Tak po ludzku .

Później tego samego dnia spojrzałam na muszle,  dalej na muszelki i dalej na czekoladowego zająca ..
I poplakalam się jeszcze bardziej .
Tego dnia byłam w fatalnej formie .
No chodziło o ludzi a kiedy chodzi o ludzi zawsze mnie to uderza a że charakter mam taki ze staram się nie obwiniać a szukać winy w sobie to uderza mnie to jeszcze bardziej .

I kiedy to byłam w tym rozkroku emocjonalnym uratowała mnie przyjaźń właśnie. 
Telefon od Królowej .
Jakieś soczyste :
- Weź daj mi spokój nie chce mi się z Tobą gadać - takie to oto które przyjacielowi daje do myślenia , wysyła sygnał że coś się dzieje a może nie koniecznie jestem na siłach o tym rozmawiać .
Zadzwoniła za kilka godzin z pytaniem czy mi przeszło , nie przeszło ale mogłyśmy rozmawiać .
Więc dała mi iście królewska radę .

Nie ufaj mężczyznom .
Albo Cię wyruchaja. 
Albo Cię wyruchaja mentalnie .
Albo Cię wyruchaja życiowo .
W każdym razie to wampiry emocjonalne które wezmą co chcą co im na daną chwilę potrzebne i odejdą .

Ja jeszcze nie potrafię tak myśleć .
Choć szczerze mówiąc lubię pocieszenia Królowej .
Ona jest w chuj brutalna .
Tyle że przy tym cholernie nieszczęśliwa. 
Więc dziś gdybam sobie jak żyć ,
I jak układać swoje relacje z ludźmi ,
 I co jest lepsze ? 
Królewski chłód i olewactwo Królowej czy moje usluzne bycie dla innych .

A z codzienności jutro Potworzaste wyruszają usłyszeć pierwszy dzwonek .
Nie powiem że emanuja radością. 
Ja za to bardzo :) 
Bawią mnie do łez memy odnośnie początku roku szkolnego .
A kiedy czytam komentarze mam pierwszakow to uśmiecham się na samo wspomnienie tego jak Młody zaczynał pierwszą klasę .
Miałam to samo .
Wszystko na tip-top.
Woreczek , kapciuszki,  a jego cztery lekcje w szkole siedziałam jak na szpilkach, po czym kiedy go odbieralam to prawie ze łzami w oczach :) 

Święta prawda jest jednak to że kiedy Twoje pierwsze dziecko rozkwasi sobie nos to dzwonisz na pogotowie .
Kiedy nos rozkwasi sobie Twoje trzecie dziecko z kolei potracasz mu z kieszonkowego za bandaże :))) 
Tak to działa .
Przeważnie w każdej rodzinie wielodzietnej. 
Do tej pory pamiętam karmienie Młodego według książki .
Dosłownie . W ten i ten dzień po skończeniu tego i tego miesiaca mógł zjeść to i to .
A później pamiętam sytuację gdzye wszyscy trzej siedzieli przed telewizorem .
Młody miał ze trzy lata , Filipinski koło roku a między nimi na bujanym lezaczku kilku miesięczny Tosiu .
Wszyscy marudzacy i placzacy i gdzieś w tym ja matka polka , marzaca  o pół godzinnej drzemce , ewentualnie o cofnieciu czasu (tak matki często marzą będąc matkami żeby to się wreszcie skończyło ) 
I nagle cisza. 
Bloga cisza a później głośny śmiech .
Podchodzę patrzę a moje najmłodszy Potwór z niesamowitym zaangażowaniem wylizuje swoje ręce z resztek jagód .
Tak oto w wieku 4 miesięcy bracia rozszerzyli mu dietę o jagody .
I żyje .
I ma się dobrze .

Ostatnio poszerzyli mu też horyzonty językowe .
Przyszedł do mnie cały czerwony ze złości,  co u Toska jest jakby normalne i mówi : 
- Mamoooo a oni pozwolili mi przeniknąć. 
- Kto ???!!
-Chłopaki .
-Którzy ? 
- Wszyscy .
- Którzy wszyscy ? 
- Z podwórka nooo.. powiedzieli że jak nikomu nie powiem ze oni przeklinaja to i ja będę mógł przeklinac. 
Wyglądam przez okno patrzę stoi banda .
- No i co ? Dlaczego stoisz to że mną zamiast stać i przeklinac z nimi ? 
- No bo jak to jest legalne to ja nie chce .


Masz fajna dusze i dupe.
Jesteś dla mnie sztuką i sztuką. 


środa, 30 sierpnia 2017

Kiedy uprawiasz w życiu emocjonalną partyzantke powinnaś liczyć się z tym ze wiele razy będziesz leżeć rozjebana jak Rosja na mapie .
Powinnaś .
Kiedy jesteś sercowcem jednak -nie dopuszczasz tego do siebie .
Nie stwarzasz relacji w których jest plan B .. C .. 
Nie analizujesz zysków i strat .
Po prostu jesteś .
Sobą .
Cała sobą. 
Jak masz taki charakter jak ja , który żeby sprawdzić musi najpierw popsuć - to do generalnie  długo bedziesz przeżywać swoje życiowe after party za życia niestety .


piątek, 25 sierpnia 2017

Jestem przesiaknieta nie przytuleniem. 
Nie miłością .
Nie czułością .
Nie dotykaniem. 
Nie glaskaniem.

Mam niedobory wszystkiego tego co wyżej .
Chyba przez to też jestem przewrazliwiona ostatnio jak narkoman na głodzie .

Rządzi mną tęsknotą .
Wszystkie emocje na wierzchu .
Żeby to poskladac i nie dac się zwariować trzeba włożyć pancerz .
Taki co to wisi w szafie prawie już nie używany. 
Taki co pozwala ten stan przetrwać bez popełniania wszystkich glupstw świata .

Zamiast je kiedyś popełniać mogłam się rozglądać uważnie za męskim ramieniem .
Za dobrym sercem , miłością , pasja i odwagą. 

Teraz zamiast niedoborów może miałabym przedawkowanie. 
Mogła leżeć spokojnie w różowych pluszowych skarpetach i dziękować za zrobioną herbatę .
Mogłabym opowiadać o trudnym dniu.
 Mogłabym...
Chyba ...
Pewnie nawet bym umiała ...

Jestem typem samotnika , który nie powinien być sam .

sobota, 19 sierpnia 2017

Bo nie mówi się braść.....

Na początek zacznę od tego że pękło mi serce.
Ogólnie notka miała być naprawdę optymistyczna, naprawde wesoła, naprawdę emanująca wspomnieniami i dobrymi wiadomościami, w związku z tygodniowym odpoczynkiem.
Jednak... na tą chwilę mam pęknięte serce.

Nie wiem czy wiecie jak pęka serce. Mnie pękło wiele razy.
Serce pęka pomału, najpierw robi się niewielka bruzda, z każdą koleją przykrą rzeczą wgłębienie, zazwyczaj to wytrzymały narząd, jednak... kiedy tak zbiera i zbiera.. kolejny cios, kolejną przykrość, kolejne niepowodzenie, kolejny smutek.. pózniej wydarza się prędzej czy pózniej coś co powoduje że ono pęka.
Nie wytrzymuje.
Nie daje rady.
Pęka.
Prawie umiera.
Prawie nie istnieje.
Prawie go nie ma.

Każda moja rozmowa z Małą, to dla mnie prezent, prezent od losu, prezent, od życia.
Nie wierzę w przypadki.
Nie i koniec.
Ona zjawiła się w moim życiu po coś, a ja zjawiłam się po coś dla niej.
Mała jest bezapelacyjnie jednym z moich bezpiecznie, takich gwarantów tego że mogę z nią wszystko.
Nie wiem czy wiecie jak to jest mieć kogoś z kim można wszystko, jakie to uczucie, to coś co wypełnia Cię absolutnie całą od środka.
Wiesz, że możesz powierzyć największe sekrety, po prostu czujesz że możesz, bez analiz, bez pierdół, ktoś przy kim jesteś sobą, i wiesz że możesz być, nikt Cię nie obśmieje, nie przekaże dalej tego co mówisz, nie bedzie tego analizował z dziesiątką innych osób, po prostu to wezmie dla siebie.
Wezmie i bedzie niósł, bo tak robi przyjaciel, prawdziwy przyjaciel.
Tak wygląda prawdziwa przyjażń, która nie ocenia, nie krytykuje, rozumie, czuje i po prostu jest.

Każda chwila z Nią, bezcenna, każde przytulenie ostatnie, każda kawa ostatnia, każde spojrzenie ostatnie.
Każde zakupy ostatnie,  każdy żart ostatni.
Każda podróż ostatnia.
Tak mocno nie chcę w to wierzyć, a tak mocno się tego boję.
Tak mocno się łudzę że wróci, a jednocześnie tak mocno się nie chce rozczarować, że zamiast mnie wybierze Boga.
Bo czymże jestem, wobec Niego ?
Jakoś nie mam ochoty mierzyć naszych jestestw.

Tylko to jest podobnie jak z miłością mam wrażenie.
Kiedy spotykasz, tego jedynego, kiedy pierwszy raz dotykasz jego  dłoni, kiedy przechodzi Cię dreszcz, kiedy czujesz się jak omotana, kiedy nie możesz złapać powietrza, kiedy robi to każdy dotyk, każdy szept, każde spojrzenie.... to wiesz, czujesz że nie spotkaliście się przypadkiem.
Chcesz więcej i wiecej, bardziej i mocniej, częściej i intensywniej, przekraczasz granice, sprawdzasz, bierzesz i bardzo Ci to smakuje, napawasz się, napawasz się uczuciem szczęścia, zrozumienia, i akceptacji, że jesteś jaki jesteś, że jesteś inny, dziwny, że może nienawidzisz sam siebie, ale czujesz że ktoś Cię kocha, od tak bo tak, nie chce Cię zmieniać, pouczać, i nic zupełnie nie oczekuje, szczeście daje mu sama Twoja obecność.
Mało tego, to wszystko buduje w Tobie taką siłę, że czujesz że możesz wszystko.
Boli mniej.
Dokucza mniej.
Wszystko co złe jest mniej, bo masz w życiu swoją podzielną, której możesz to wszystko oddać, a ona swoim byciem i trwaniem obok Ciebie pokazuje Ci że jest i bedzie zawsze, i Ty to po prostu czujesz.

Więc niezrozumiale pytam, po co mi Ją dał ?
Mała twierdzi że za wszystko trzeba Bogu dziękować, że wszystko co się dzieje na ziemi to Jego sprawka, i jego widzimisię, więc pytam, po co mi Ją dałeś ?
Po co dałeś mi człowieka z takimi samymi marzeniami jak ja, który mijając w czasie podróży domki, domy, domeczki, mieszkania w bloku, zagląda ludziom w firnaki, i wyobraża sobie ich życie.
Że tam tam i tam za tymi murami, jest dom, jest rodzina, i tam jakaś Pani idąca ulicą ma swój sklep w którym kupuje rajstopy bez lajkry.
Ze tamten Pan, który idzie sobie na 3 godzinie Twojej drogi, w jakimś obcym mieście, może właśnie kroczy do swojej ulubionej piekarni, i Ty to mijasz tak bezwiednie, tak po prostu, a dla kogoś to są ścieżki życia, jego miejsce, jego wspomnienia.

I jest Ci w życiu tak żle, tak nijak, że patrząc na te mijane domy, na miejscowości, zaczynasz myśleć, że może wszędzie można zbudować swoje bezpiecznie, tylko trzeba mieć właściwych ludzi wokół siebie.
Wiecie jak to jest kiedy pół życia marzysz o komórce społecznej nazywanej rodziną, i potrzebe masz tak kurewsko wielką, i uczuć w sobie tyle, miłości w sobie tyle, że własciwie to wiesz, że wyszłoby Ci wszedzie, gdybyś tylko tak bardzo nie bała się żyć, gdybyś raz jeden na swojej drodzę spotkała człowieka, który przestanie kazać Ci być silną.
 Bedzie tą siłę w Tobie budował, i nie da Ci upaść.
I wtedy wszystko się uda.

Spotykasz na swojej drodzę człowieka, tak fizycznie innego, tak skrajnie różnego, a czujesz w środku ze serce to samo, ze dusza, tak poraniona, jak Twoja, a serce tak samo wielkie i szlachetne.
I podczas, setnej rozmowy pytasz o marzenia, i słyszysz że marzenie z pierdolnieciem, o jadłodajni dla bezdomnych.
Oczy stają się wielkie, serce nie dowierza, bo przecież pół swojego życia, kiedy ludziom mówię o tym, że tak bym chciała, że tak właśnie chce życ, z dala od szumu, w głuszy, a maleńkim domku, razem ze swoimi Potworami, zniknąć zaszyć się, i robić dobro, tak po prostu.
Tak po prostu wstawać rano, zakładać kapcie, i móc wyjść na drewniane schodki Twojego domu.
Móc usiąść na nich i zanurzyć stopy w trawie.
Spojrzeć przed siebie i nie widzieć biegu, fałszu, kłamstwa, pędu i znieczulicy.
Otaczać się tym czym chcesz.
Spełniać marzenia.
Ciężko pracować.
I żyć. Żyć dając siebie innym, a nie udawać że się żyje.
Cieszyć się z wiatru, pola, łąki, widoku, i czuć że szczęście dajesz.

Spotkałam ją więc. Mała. Moja przyjaciółka, Moja ukochana siostra. Mam osobę która czuje jak ja, marzy jak ja, chce żyć wyznając wartości podobne do mnie, dzięki niej przeżyłąm tak wiele, ona dawała mi siłę, ona mnie rozumiała, ona chciała mnie zrozumieć naprawdę, ona mnie nie oceniała.
Tylko była, zawsze i wszedzie.
I ja byłam dla niej.
I co ?
Zostawiła mi swoje pamiętniki i głośny śmiech kiedy żartowałyśmy siedząc nocą na masce samochodu .Zostawiła w moich rękach swoje wspomnienia, nasze wspomnienia,  nasze przeżyte chwilę, zostawiła przytulenie i buziaka, i odjechałą.

Wybrała Boga. Mogę tak mówić ? Mogę tak gdybać ? Wybrała drogę, w której mnie nie ma. Mogę być na Nią zła ? Mogę się wściekać ?
Oswoiła, pokochała, pokazała że można inaczej, a pózniej odeszła.
Wypełnia mnie empatia. Od kiedy pamiętam, zawsze i dla każdego, i złą na siebie jestem, że tym razem nie rozumiem.
Staram się.
Krcę się w myślach za to, że nie mam prawa, bo niby kim jestem, nie mogę od niej tego wymagać, nie może wymagać tego jej matka, jej inni przyjaciele, to Jej droga, i pójdzie nią sama.
Jak chce.
Bo nawet gdyby nie poszła do klasztoru, a wybrałą życie tu.
To nie zniosłabym że być może pod czimkolwiek naciskiem, jest nieszczęśliwa. 
Nie potrafię brać odpowiedzialności za czyjeś życie.

Niespodzianka związana z moim pojawieniem się na biwaku, była mocno powiązana z Małą.
To miały być dni dla nas, nasze pożegnanie, nasz czas, nasze rozmowy i momenty.

Jak w zeszłym roku ciągneła mnie przyjażń z Szą, tak w tym, juz wiedziałam gdzie , po co i do kogo jadę.
Do ludzi którzy mnie kochają, od tak bo tak. 
Każdego z osobna, z każdym mam własną relację i właśne wspomnienia, jechałam do przyjaciół.
Do ludzi, którzy mnie akceptują w całości, którzy generalnie niewiele ode mnie chcą, wystarczy im że jestem.

Na początku bardzo nieswojo czułam się z tym, że postepuje po swojemu, ze naprawdę nie mam siły udawać, że czuje się dobrze, ze mam ochotę na żarty, że mam ochotę na towarzystwo.

Mój introwertyzm, bardzo mocno ze mnie wylazł. Lubię być sama, potrzebuje być sama, jednak fakt że mnie akceptują taką jaka jestem, pozowlił mi po jakimś czasie być swobodnym samotnikiem.
Zajełam się tym co lubię najbardziej, obserwoaniem ludzi, ich relacji, ich upodobań, zachowań, rozmów. 
Patrzyłam na miłość, przyjażń, iskrzące się drobne kłótnie, widziałam emocje, widziałam tęsknotę za mną, i widziałam wszystko co zazwyczaj niewidzialne.

Byłąm w domu, a dom ma to do siebie, że żyjesz, jak chcesz.
I to mogłam, czułąm że to mogę. Co prawda poczułam to bez wyrzutów sumienia po dwóch dniach, ale zawsze.
Otoczona troską, przyjażnią, wielokrotnie powtarzanym kocham Cię, wieczornym  szeptaniem, najpiękniejszych słów które słyszałam.
Jesteś najpiękniesza, mądra, dobra, ważna, kochana.
Tak bardzo w to nie wierzę a tak mocno potzrebuje to słyszeć.
Codzień... codzień... codzień... może wtedy uwierze?

Pierwszy raz też zobaczyłam w czyichś oczach miłość.
Pierwszy raż taką.
Nigdy tego nie zapomnę.

Poleżałam na pomoście głaskając po ręce, byłam na kilku spacerach, poleżałam na łące, na plaży, na pożegnanie sama chodziłam po pomoście, rysowałam palcem po drzewach, zjadłąm niezliczoną ilość kiełbasek, zrobiłam najwięcej zupek chińskich i kiśli w swoim życiu, i zjadłam rondel bigosu na raz.

Sikałam na drodzę, podczas gdy całkiem niespodziewanie ( bo przecież ludzie mojego pokroju nie wpadną na to że po drodze mogą jezdzić samochody ) przejechał samochód.
Sikałam z adrenaliną codzień o 4 nad ranem biegnąc co sił do oddalonego o kawałek kibelka w stroju misia koali.
Weż w tym sikaj. No weż w tym sikaj. Ani razu się nie obsikałam jakby kto był ciekawy, za to Mała która dostała ode mnie podobny śpiący kombinezon, zalała sobie cały rękaw, nadal nie wiem jak ;)
Łykałam pigułki, piłam elektolity, i starałam się nie siadać supką na mokrej trawie.
Dokształcałam się w zakresie dewiacji seksualnych, i zaspokajałam się ssąc pudrówki, niewiadomego pochodzenia, które miały świetne efekty.
Wylupiłam w pobliskim wsiowym sklepie cały zapas 56 lizaków w kształcie truskaweczki, a na pytanie sprzedawczyni, czy szykują się jakieś urodzinki, odpowiedziałam bez zastanowienia, że nie, po prostu lubię ssać , robiąc sobie rzecz jasna jak zawsze taki fejm, że pózniej już do tego sklepu nie poszłam.

Siedząc na  trawie któregoś popołudnia intensywnie myślałam o Rycerzu.
O tym jak to jest że nie napisałam wiadomości dajmy na to : Przyjedz we wtorek wieczorem.
Bo nie napisałam. 
A pózniej on na moje nieśmiałe '' Czy chciałbyś może przyjechać'' odpowiedział że już za pózno.

Ja mogłam pomyśleć konkretniej.
On mógł zboczyć z trasy.
Oboje nie zrobiliśmy nic.
W każdym razie, znów skończyło się na wyobrażeniach, jak to byłoby razem patrzeć w gwiazdy, jak byłoby przeżywać pierwszy raz tą krępującą ciszę, jak to byłoby wziąć go za rękę.
Jak byłoby siedzieć koło niego.
Myślę że oboje mamy problem skonfrontować swoje wyobrażenie z rezczywistością.
A na pewno ja, niczym Mała, pojawił się w ważnym momencie, pózniej w nim został, i tak trwa.
Strach przed tym, zupełnie taki jak wtedy gdy otwierasz zamrażalnik i widzisz pudełko lodów Algida, zaglądasz do środka, a tam kurwa bigos, albo koper.
Boję się że sobie nie sprostamy.
Tak często widzę jak się myli co do osądu mojej osoby.
Pewnie i ja zbyt mocno go idealizuje.
A jak to się stało, że jestem w tym tak mocno całą sobą, nie mam zielonego pojęcia.
Często nasze drogi się rozjeżdzają. Mało rozmawiamy, mniej sobie mówimy, nie jesteśmy na bieżąco, i wtedy bardzo chcę żeby odszedł.
Żeby mnie zostawił, od tak bo tak, żeby się na mnie zezłościł, albo na całą tą głupią sytuacje w którą go wmanewrowałam, i dał sobie spokój.
Żeby podjął męską decyzję i odszedł.
Żebyśmy nie robili sobie dłużej wielkiej mydlanej bańki, która tak czy tak pęknie.
Żeby znalazł swoją Piękną, co jakby samo rozwiązałoby sytuacje, żeby wydarzyło się cokolwiek, jakieś pierdolnięcie z woli Tego na Górze co by to rozwiązało.
Bardzo się boje że go stracę, a jednocześnie tak naprawdę swoim zachowaniem, robię absolutnie wszystko żeby się tak predzej czy pózniej stało.
Bo przecież nawet go nie mam, więc jak stracić ?
Z drugiej jednak strony tak samo często namawiam go żeby był dla mnie, tak prawdziwie , tak mocno, tak całym sobą, bo przecież nasze życia są ogólnie tak beznadziejne, że może jesteśmy dla siebie po to, by je wypełniać, dawać sobie i je kolorować, że może to takie najlepsze wyjście by nie zwariować.
I pragnę, i łaknę, i potrzebuje i dobijam się mocno, a kiedy nie dostaję to się złoszczę, i tak w kółko, do zajebania, umartwiam sama siebie.
Niedorzeczność tej sytuacji robi ze mną dziwne rzeczy.
Rujnuje mnie i buduje.


 Siedziałam więc sobie nocą, na kamieniu, myśląc o swoim życiowym niedostosowanniu, myśląc że tak ciężko mi żyć samej ze sobą.
Snując sobie scenariusze, co by było gdyby , byłam zła na siebie za to że ciągle chcę wszystko zmieniać, że ciągle chcę tak bardzo po swojemu, że ciągle jestem głodna, głodna życia,głodna miłości, głodna ludzi, a stronię od nich jak od wrogów, na własne życzenie.... boję się tego co bedzie teraz, boje się tej meduzy w głowie, boję się tylu rzeczy a nie potrafię tego wypowiedzieć na głos.

Nie wiem co mam zrobić dalej ze swoim życiem.
Mimo tego, że tak mocno się staram, tak zawzięcie walczę, i prawie nigdy się nie poddaję, nic nie idzie po mojej myśli.
Nadal ciesze się z najdrobniejszych rzeczy, za chwilę zacznę akcję w której bede spełniać marzenia kobiet po mastektomii, za chwilę zacznę współpracę z hospicjum dla dzieci, bede robić to co chcę, to co kocham, znów bede słyszeć że jestem dziwna, że oddaje siebie innym, znów bede słyszeć, odpuść, dbaj o siebie, zajmij się sobą.

A ja nie chcę. Nie chcę żyć, zajmując się sobą, nie potrafię tak.
Kiedy żyje sobą, to się umartwiam.
Chodzę tam, gdzie nikt nie chcę, iść, i daje to co sama chciałabym dostać.
To jak z tą randką na trawie, którą zorganizowałam, pewnym zakochamym, po to by miłość pamiętała, że się kocha.
Dałam komuś swoje marzenie.
Zapalone świece, na mokrej trawie, wszędzie porozrzucane serduszka, i zasłonięte oczy, kiedy szła do niego a on na nią czekał.
Taki banał.
Żygam tęczą normalnie, ale wiedziałam że im to sprawi przyjemność, że im to potrzebne, chwila dla siebie, celebracja ich uczucia, słowa ważne, atmosfera.

Kurczę, przecież to takie proste. Tyle można dawać od siebie tak po prostu, żeby innym żyło się lepiej.
Dlaczego tego nie robić ?

Zabija mnie rzeczywistość.
Bo kiedy wróciłam, do domu, do niby swojego świata, zastałam w nim moją matkę.
Moją matkę z pretensjami, z krzykiem, jaka to nie jestem beznadziejna, i czego to ona mi nie zrobił żeby żyło mi się lepiej.
Ledwo weszłam do domu po 11 godzinach drogi, a najchętniej wręczyłaby mi szmatkę i kazała pastować podłogi.
Tysiąc dyspozycji, co jak, i dlaczego, i zero reakcji na moje słowo, nie, wyjdz, daj mi spokój to mój dom.
Miała tylko wyprowadzać psa, a zastałam w domu nowe firanki, nawet nowy stół, poprzestawiane meble, mało tego wręcz nakaz wdzieczności za to wszystko.
Zastałam sąsiadów, i moje zsuniete na bok biwakowe pranie, które zajmowało za dużo sznurka, pretensje.
Zastałam Nosorożca, z awanturą, gdzie i z kim byłam, po co i że na bank moje dzieci były świadkiem tego jak ich matka ostentacyjnie się puszcza.
I nijak ma się to do tego kim jestem w środku, co czuje w środku.
Że jestem krucha, wrażliwa, czuła.
Bedąc tu musze ubierać barwy wojenne, toczyć bitwy, a nie chcę tego. Tak bardzo tego nie chcę.

Chyba stąd też moje życiowe zagubienie.

Może gdzieś daleko, odcinając się od tego wszystkiego i wszystkich, zamykając za sobą wszystko to co mnie niszczy, rani, odnalazłabym siebie, zbudowałabym siebie na nowo.
I była wreszcie szczęsliwa.

sobota, 5 sierpnia 2017

Ot.......

Zwyczajna środa 
Godzina 11 gabinet lekarski.
Wizyta prywatna, obsługa zatem VIPowska.
( Co nie zmieniło standardowego faktu, że kolejny raz popruli mi żyły, bo fakt że się uwagi nie zwraca zmianie nie uległ ;))

- Wejdzie Pani na wagę.
- Muszę ?
-Musi Pani.
Weszłam.
- A dlaczego Pan za mną stoi ?
- Bo muszę wiedzieć ile Pani waży.
- Tyle na ile wyglądam.
- Tak to ja się nie mogę opierać, to ile?
- Idzie Pan stąd to Panu powiem .
- Jakoś Pani nie wierze ;)
- Dooobra, To chociaż nie mówmy tego głośno ok ?
- Ok.
Zerka przez ramię.
- No nie wygląda Pani na tyle !
- Dzięki, kurde;))))

- Nię umrę tam w tej komorze ?
- Jeszcze nikt mi nie umarł, mam nadzieje że nie bedzie Pani pierwsza/
-A jak będe ?
-Zrobię wszystko żeby Pani nie była.
- Ale ja mam klaustrofobię.
- Jak bym mógł trzymał bym Panią za ręke, ale nie mogę
- To co zrobimy jak tam nie wejdę ?
- To posiedzimy tam razem i popróbujemy, aż Pani powie że jest gotowa.
- A jak nie bede gotowa never ?
- To niech Pani pomyśli ze inni pacjenci czekają przez Panią dłużej .
- Ale Pan trafił. Dobra jestem robimy to.

Dobrze że słucham rocka, dobrze że słucham metalu, i innych i jestem oswojona z dzwiękami, niech szlag trafi tą maszynę, co za bezsensowny ryk, no ale nie ważne, ważniejszy był strach przed tym, co po badaniu, co to za obcy, skąd się wziął, gdzie mieszka, i wszystkie inne kołatające się myśli w głowie.
Na tym się skupiłam, żeby nie myśleć przy swoich paranojach że jestem tu gdzie jestem.
Po pól godziny wylazłam stamtąd jak z blaszanej puszki w którąś ktoś napierdala kijem.
Nie należało to jednak do najgorszych przeżyć w moim życiu.
Był za to ból, bol ktory ustepuje tylko na chwilę.

- I co Pan zobaczył ?
- Nooo wnętrze;)
- I co ? Jak ono wygląda, widział Pan przecież chore głowy, zdrowe głowy, niech mi Pan powie !
- Jutro dostanie Pani opis, a głowę ma Pani ładną, ja się wypowiadał na inne tematy nie bede;) Lekarz musi. Ja tylko wsadzam pacjęntów na tą karuzele.

Powrót do domu koszmar, jazda samochodem mi nie służy, upały mnie zabijają, a kiedyś przecież mogłam leżeć , nooo moze nadal nieco próbuje to uskuteczniać, na słońcu godzinami, w samochodzie czuje się jak w tej maszynie, wszystko drga, łomocze, a Królowa nadaje, mam wrażenie że jestem jak dziecko z autyzmem w centrum handlowym. Porażka.

Zwyczajny czwartek.
Kilka minut przed 11 zobaczyłam maila z wynikiem.
Siadam, czytam, odkłądam telefon.
Siedzę na łóżku, łzy mi kapią mimowolnie, nie mogę ich powstrzymać, nie wiem jakoś tak samostnie cały stres zamienił się w lzy i wypłynął.
10 mm.. 
Powtarzam.. czytam, nie wierzę.
Poszłam do łazienki, głęboko oddycham, chowam głowę w rękach, nadal płaczę. 10 mm.. łzy lecą nadal, czytam dalej.
Szukam narządu, wstukuje nazwę w neta, co to jest, z czym to się jje, za co odpowiada.
SIEDZIBA DUSZY.
Nazwa potoczna, ja pierdolę, nazwa potoczna siedziba duszy.
Mocne, dobre.
Zwracam oczy ku górze, łzy nadal lecą, i jednak pytam, zadaje te cholerne pytanie, nie dlaczego, ale po co ?
Po co mi to?
Na chuj mi to, że tak zapytam po mojemu ?
Na chuj ?
Co mam z tym zrobić, co mi to da? Przecież mogę bez tego.
Kolejne męki, leczenia, strach, ból, smutek, ryzyko .
Po chuj mi to się pytam.
Efekt bezsilności to sie nazywa.
Nie wiesz co robić, nie wiesz co dalej, pytasz rodzica, więc pytam Go.
Nie odpowiada, prawie zawsze nie odpowiada, czasem tylko daje jakieś znaki.
Ten dzień już do końca był pusty i smutny.

Zwykły piątek.
Urodziny Młodego.
Od rana wiedziałam, że bedzie mi ciężko, ból nie ustepował, nawet na chwilę, zawroty takie jakbym walnęła pół litra wcześniej.
W głwoie walka, przeciez musisz dać rade, powoli, dasz, powoli, nie poddawaj, się, nie odpuszczaj, musisz sobie Go wychować, obcego znaczy się, przecież nie bedzie mną rządził, a napewno nie w taki dzień.
Nie poddam się.
Tłum gości wszyscy w szampańskich humorach, nawet i mi się udzielil, nawet zapomniałam, właśnie tak to działa, kiedy jesteś szczęśliwa, zapominasz o bólu, zajmujesz głowę czym innym, wypełniasz serce szczęściem.
Tort, świeczki, 11 lat, poleciała mi łza, już jest taki duży, taki dojrzaly, tak bardzo mogę na niego liczyć, tak fajnie się nam rozmawia.
Siedzę na leżaczku, wszystkie dzieciaki hasają po dworze.
Młody podchodzi kładzie mi głowę na ramieniu.
- Mama, jak sie czujesz ?
- Dobrze, a Ty ?
- Co się mną martwisz, Mam dzięki za urodziny.
- Przestań, nie dziękuj.
- Mam, ja wiem, nie badz zla, ja przeczytalem maila.
Mamo już o tym czytalem, mamo bedzie dobrze, ja Ci pomoge.
- Wiem, pewnie że bedzie watpisz ?
- No nie.- Łzy mu lecą po policzku, mi też, wśród takiego dnia, takiego gwaru i śmiechu chwila intymności i ważnych słów dla nas.
Ważnych, potrzebnych, szczerych.

Zwykła sobota.

- Zrobię wszystko zeby podczas leczenia czuła się Pani komfortowo 
- Tak ? A da się ?
- Tak, dobierzemy leki, może ustąpią zawroty, mdłości, wymioty, może fizycznie ból ustapi i bedzie się Pani czuła lepie, bardziej komfortowo niż do tej pory.
-Za miesiąc kolejny rezonans, jeśli Pani moze - Prywatnie, jeśli nie czas oczekiwania wydłuży się nawet do pół roku... wie Pani o tym.
- Ta.. wiem, znam tą metodę, nie masz kasy to cierp. Jakoś ogarnę. Co dalej ?
-Dalej bedziemy monitorować, czy się zmniejsza, jeśli nie zalece pobyt na oddziale może naświetlania, w najgorszym wypadku interwencje neurochirurga.
Jeżeli bedzie się coś działo... proszę dzwonić na pogotowie.
- Ta, wiem, już trzy razy się działo, i za każdym razem ktoś mnie zawoził cudem.
- Rozumiem, niech się Pani nie denerwuje.
- Jasne. Jestem kurewsko spokojna.

Zwykłe dni, okraszone tym co wyżej, moja codzienność.
Codzienność setek, milionów ludzi na całym świecie.
Minęła mi złość, strach nie.
Minęła mi bezsensowna gonitwa myśli.

Wkurwiam się trochę na codzienność kiedy chcę posłuchać muzyki, a nie mogę, bo przeszywa mnie ból.
Rzucam wtedy słuchawkami.
Zapalam papierosa.
Jestem wtedy tak bezsilna, taki głupi szczegół, coś co dawało mi przyjemność i oddech, teraz nie mogę, nawet to mi odebrano.
Siadam na łóżko, karcę się w myślach.
Ty głupia idiotko !
Nie użalaj się nad sobą, inni mają gorzej.
\Mam dwie ręce, dwie nogi, i przerośnietą duszę.
Co to kurwa ma być ? Taki problem ?
Inni mają gorzej, ciężej, cierpią na choroby o których świat nie ma pojęcia, nie stać ich na leczenie, nie mają siły by walczyć.
Dzieci, samotni starsi ludzie.
Kurwa dziewczyno co Ty robisz?

Bo to nie ja.
Ja się nie skarże i nie użalam, czasem tam gdzie czuje bezpiecznie napomnę że to nie był najlepszy dzień.
\Napomnę bo wiem ze znajdę ukojenie, spokoj zrozumienie.

Przetrzymam to, dam radę, zacznę brać leki, zaczną działać, wierze ze bedzie lepiej.
Jak tylko bedzie ruszam z nowym projektem, chce się czymś zająć, chce jeszcze coś użyć, nie potrafię siedzieć nic nie robiąc i nie potrafię być bezużyteczna.
Ja kurwa nie potrafię być chora po prostu no !

Zobojętniałam może trochę.Na zasadzie, ze nie myślę za mocno co mówię, mówię rzeczy ważne, teraz i tu, jak gdyby nie  było czasu.
Mówię je tu i teraz, żeby ktoś komu chce je powiedzieć wiedział.Żebym nie miała poczucia i żalu że czegoś nie powiedziałam je zrobilam.
Jak mam ochotę to przeklinam.
Robię brzydkie rzeczy.
Oglądam brzydkie filmy.
Słucham wkurwiających ludzi.
łaknę życia.
Mocno.
Intensywnie.
Jeszcze się muszę przecież zakochać nooooo !!! ;) 

A Ci na dole, moi bohaterowie, znalazłam ich na Insta łoł ;)
Jest dla mnie mistrzynią świata w gadaniu prosto jak jest.
A on kiedy na nią patrzy z oczu mu się milość wylewa,
Piękne.









Byłam przekonana, że jest osobą, na którą czekałam. Że tylko musiałam trochę wytrzymać dłużej. Bo przecież pasujemy do siebie idealnie. Tak ...