wtorek, 14 listopada 2017

Z Tobą od samego początku była burza. Ciągle intensywne emocje i nowe bodźce. Nie pozwalałes mi się nudzić. Było idealnie. W takiej burzy się zakochałam. I ta burza nie pozwala mi o Tobie zapomnieć. Teraz wszyscy mnie nudzą. On myśli, że mnie zdobędzie. On nie wie, że bez Ciebie nie ma mnie. On myśli, że zdobędzie mój świat. On nie wie, że Ty jesteś światem w którym żyje i w którym moje dni są spokojne, a noce przespane. On myśli, że zawładnął moimi myślami. On nie wie, że jesteś pierwsza i ostatnią myślą każdego dnia. On myśli, że gdy jest źle pragnę jego obecności. On nie wie, że jedyną ulgę przynosi mi myśl, że gdzieś tam jesteś. On się o mnie martwi. Ty wiedziałeś, ze nie lubie tego. I wiedziałeś, że jestem silna i to mi wystarczało. Brakuje mi Ciebie.

sobota, 4 listopada 2017

- Jesteś gejem?
-Rozbawiłaś mnie skąd to pytanie ?
- Hmm.. to chyba ta jaśminowa herbata zbila mnie z tropu .
- Nie lubię zapachowych herbat .
Wiedziałem po prostu , że będziemy jej długo szukać.


poniedziałek, 30 października 2017

Od wczoraj spływają do mnie listy .
Listy od dzieci do świętego Mikołaja .
Od wzzoraj czytam .

" Mikołaju ! Proszę Cię o nową pizame.
Taka z moją ulubioną postacią z bajki Elza .
Nie proszę mamy , nie chce jej martwić .
Ona i tak bardzo dużo płacze. "

"Mikołaju !
Choruje już długo .
Muszę codzień smarować się masciami.
Wszędzie pęka mi skóra .
Czasem oszukuje mamę ze wcale nie boli .
Proszę Cię o sterowany samochód .
Mógłbym się bawić leżąc w łóżku. "

" Mikołaju proszę Cie o nowy dom .
Ten w którym mieszkamy jest bardzo zniszczony. Rodzice nie mają pieniędzy.
Jeśli nie możesz nam kupić domu kup mi dom dla moich lalek . Byłam grzeczna "

"Mikołaju proszę o drona 😨☺"

Tych listów jest dziesiątki .
Będzie setki .
Co roku zaglądam do dziecięcych marzeń .
Pomagam spełnić niektóre z nich .

Co roku jestem dumna że mogę w tym uczestniczyć .
Co rok jestem wdzięczna że uczestniczą w niej moi przyjaciele .

Ta akcja daje mi siłę .
Dostarcza endorfin .
Daje nadzieję , wzruszenia , i pokazuje jak wiele mam .
Jak wiele mamy my wszyscy a często nie dostrzegamy .
Nie chcemy widzieć a może nie potrafimy dostrzec .

Kiedyś jakiś ktoś powiedział że jeśli codzieńmamy co jeść , mamy gdzie mieszkać, i mamy choć jedna osobę która nas kocha to mamy wszystko .
Podobno .
Innym trzeba więcej .
Bardziej .
Spektakularnie .

Ja chyba .. zrobiłam się już bardzo nudna .
Ewentualnie sentymentalna.
Może dlatego , że wiele już przeżyłam po prostu mi się nie chce .

Jedyne czego nie doświadczyłam to spokojnego wieczoru,  z beztrosko wylozonymi na Kogoś nogami .
Spokoju ze On rozpali dziś w kominku a jutro po pracy albo w sobotę porabie drzewo.
Spokoju ze tą rozwalona bateria w łazience zostanie naprawiona.
Spokoju który mogę dac ja masujac zmęczone plecy.
Bezpieczeństwa które damy sobie nawzajem słuchając najskrytszych zmartwień .
Tak .
Tego jeszcze nie zrobiłam .

Z rozmyślań wyrywa mnie dźwięk telefonu .

- Noooo co tam Pysku?
- Nic . Leżę a raczej siedzę i myślę . Chyba dopadł mnie kryzys mojego jestestwa.
- Pierdolisz . Wsiadaj na rower . Przyjedź do nas . Ałaaa! ! Ałłaaaaa! Zostaw .
- Czy on musi Cię penetrowac nawet podczas rozmowy ze mną ?
- Musi . Bo to lubię .
- Sprawia Ci przyjemność kiedy rozmawiasz że mna a on wkłada Ci język między nogi ?
- Może :)
- Jesteś chora. A ja jeszcze bardziej że z Tobą rozmawiam.
- To jak ? Wpadasz ? Może Cię przeoramy oboje .
- Nie dzięki . Ja lubię w tyłek a Ty polykasz .
To się jakby nie uda .
- Mam inne zdanie na ten temat.
- Kocham Cię . Nie mogłabym chcieć Cię wyruchac a później się z Tobą przyjaznic.
- Wiem . Dlatego się przyjaznimy 15 lat .
- Monia . Z czym Ty do mnie właściwie kurwa dzwonisz ?
- Chce Ci powiedzieć ze czuję się z tym źle .
-To tego nie rób . Wracaj do domu .
- Tam też mi jest źle .
- Tak nie można. Wiesz ze to wszystko pierdolnie . I będę Cię zbierać .
-Wiem . Dlatego dzwonię .
- Przyczyniasz się do mojego kryzysu . Przez Ciebie boli mnie serce kurwa . A kiedy będę mieć męża a on będzie jeździł w delegację będę myśleć że w najlepsze pierdoli hotelowe dziwki.
- Uważasz że jestem dziwka?
- Nie . Uważam że jesteś pojebana.
- A Ty masz mentalność dziwki.
- Taki komplement z rana ? No dzięki .
-Boisz się umierać ?
-Tak
-A ja boję się żyć .
-Wiem .
- Na pewno nie chcesz trójkąta ?
- Nie . Chce żyć.


piątek, 27 października 2017

**********

Kilka minut po dziesiątej.
Jestem już po śniadaniu, Potwory mają trzecią lekcję w szkole.
Za oknem pogoda nie nastraja do niczego. Pada.
Już widzę siebie, i ich kiedy to wracamy ze szkoły cali mokrzy.

To mnie chyba wkurwia w jesieni/zimie najbardziej.
Konieczność moknięcia. Serio. I to że ciągle coś trzeba suszyć, a to cholera nie schnie. Nie dosycha, bo zaraz trzeba tego użyć spowrotem.
Dajmy na to wisi coś trzy godziny, mokre jak cholera, a Ty patrzysz na zegarek i wiesz że za chwilę musisz iść spowrotem i założyć na siebie mokrą rzecz. Katastrofa.

To dlatego ostatnio próbowałam wytłumaczyć Małej, konieczność posiadania przez moje dzieci i przeze mnie samą kilku kurtek na głowę.
Właśnie dlatego, że jak masz troje dzieci, które notorycznie mokną, i jeszcze bardziej notorycznie się brudzą, najlepszą opcją aby pozostawić ich jak najdłużej w zdrowiu i względnej czystości jest posiadanie kilku sztuk odzieży wierzchniej.
Mamy to szczęście, że wiekowo chłopcy nie są od siebie mocno oddaleni, i zawsze donaszają jeden po drugim.
W szafie mam zatem z 10 kurtek, i każda jest potrzebna.

Poza tym nienawidzę wyrzucać czy pozbywać się ubrań.
Nie wiem, ale mam do nich jakiś dziwaczny sentyment.
Za tym idzie okropny bałagan.
Ubrania leżą często tam gdzie nie powinny, a moja szafa zamykana jest czesto .... nogą. Po prostu.
Za każdym razem gdy ją otwieram , nachodzi mnie marzenie i chęć taka przeogromna, że oto właśnie dziś, wszystko z niej wyrzucę, poukładam, może nawet kolorystycznie, powieszę symetrycznie na wieszakach, i zawsze bede wiedziała, gdzie leży która bluzka.
Rzeczywistość wygląda jednak tak, że mało kiedy się do tego zabieram, a w pośpiechu szukając czegoś konkretnego, zaczynam grzebać i przewracać co w konsekwencji prowadzi do powstania swego rodzaju kotła. I tak zostaję.

Po tym jak Mała nie dostała się do zakonu, odwiedza mnie często.
Zawsze podziwiam w niej to, że umawiamy, się a ona organizuje swoje życie tak, żeby chwilę u mnie pomieszkać.
Wsiada w samochód i spędza koło czterech godzin w podróży.
Dla mnie.
Może dla siebie trochę też.
Bardzo lubię kiedy mieszkamy razem, lubie momenty które stają się powolutku zwyczajami. Zwyczajami które ma się w domu.
Lubię patrzeć an nią w moim domu, lubię kiedy mam świadomość, że wie gdzie ma sięgnąć po kubek, wie skąd wziąć talerz, wie gdzie trzymam proszek do pieczenia.
To tworzy intymność.
 Tworzy stan, kiedy gość nie jest gościem a staję się domownikiem.
Robi nam herbatę, nie pyta ilę słodzę- bo to wie,( Ryś mówi ,że kiedy się kogoś kocha, wie się ile ten ktoś słodzi ;) zupełnie nie wiem skąd mu to przyszło do głowy ) wkraja cytrynę i po prosty jesteśmy obok siebie dla siebie.
Ma swój kącik w którym czyta książki.
Ma swoją myjkę do kąpieli.
Ma miejsce w którym  kładzie okulary .
Lubie kiedy u mnie mieszka. Lubię kiedy kładę się wieczorem i wiem że jest w pokoju obok.

Wydaję mi się, że zbudowałyśmy bardzo ważną relację, swojego rodzaju magiczną, i ciągle staram się, żebyśmy obie miały poczucie, że możemy rozmawiać z okaleczaniem się.

To takie rozmowy, gdzie nie zastanawiasz się za bardzo, czy możesz komuś coś powiedzieć, czy to go nie zrani, nie skrzywdzi nie urazi, to popularnie taka ''kawa na ławę'', czasami mówimy sobie trudne rzeczy zadajemy dziwne pytania, gdybamy na różne tematy, ale mam wrażenie, że jednocześnie bardzo o siebie w tym wszystkim dbamy. Trudno to wytłumaczyć, ja po prostu mam poczucie wielkiego bezpiecznie, świadomość i pewność że mogę powiedzieć jej wszystko, i mam nadzieje, że ona ma podobnie.
Wiemy, że to zostanie przyjete, choćby nie wiem jak trudne było, choćby nie wiem jak cieżki byłby to gabaryt, jedna i druga, jest gotowa na taką przyjażń. I żadna nie zawiedzie.

Lubię naszą przyjażń.
Gdybym miała porównać ją do ciasta, nazwałabym je Kremówką.
Dwa dość twarde spody na dole i na górze, a w środku puszysty i słodki krem.

Wracając do mojej szafy z wywalającymi się ubraniami, to wszystko poniekąd zasługa pędu w którym żyje.
Moja terapeutka, która jest dla mnie bardzo miła, i choć nie mogę pozbyć się wrażenia, że jest miła tylko dlatego, że zarabia stówe za godzinę mówiła czasem mądre rzeczy, mówiła ważne rzeczy, a ja też nie mogłam oprzeć się niestety wrażeniu, ze skoro tyle za to płacę, to muszę z tego wziąć ( Patrz Mała uczę się ) jak najwięcej dla siebie.

Zapamiętałam zatem, że nerwica uwielbia nudę, mianowicie kiedy się nudzisz, masz czas żeby myśleć, kiedy myślisz, mając nerwicę lękową nie wymyślisz nic dobrego, otóż nie jest to myślenie z tytułu filozoficznych gdybań, o tym jak możesz uratować, świat. Nie. Przychodzą wtedy lęki, wyimaginowane lęki, które na 99.9% nigdy się nie wydarzą, a od lęku i strachu do ataku paniki, który może trwać kilka godzin, jest naprawdę niewiele.
Zatem trzeba robić wszystko, żeby być w miarę możliwości zajętym. Sprzątać, śpiewać , tańczyć, czytać, słuchać muzyki, czy choćby robić facetowi loda.
Wszystko, byle by myśli byly skoncentrowane na czym innym niż myślenie o niczym.

To bardzo trudne, to tak mega trudne, że czasem wiąże się z nadludzkim wysiłkiem. Naprawdę. Ciężko bowiem, ciągle dostarczać sobie nowych bodzców, nowych zajęć.

Zaczęłąm więc pracę. Nie jest to praca od-do, objęta etatem, nie jest to praca moich marzeń, nie wiem czy można to nazwać wogóle pracą, jest to zajęcie, które przynosi jakieś tam minimalne dochody, w zależności od zaangażowania.
To jak w tych świetnych ogłoszeniach o pracę.
Twoje zarobki uzależnione są od tego ile włożysz w zaangażowania w swoją pracę.
Tak teraz i u mnie.

Pracuje zatem z Królową.
Nie wiem czy kiedyś zwróciliście na to uwagę, ale zdarza się że korzystacie z toalet dajmy na to w jakiejś wypasionej knajpie.
Wchodzicie tam, a kibel i kafelki lśnią czystością, myślicie pewnie, jak świetnie, jak świetnie, że mimo iż nie jestem w domu, korzystam z fajnej toalety.
Pachnie ładnie, wygląda ładnie, jest wporządku.

Nie myślicie jednak pewnie o tym, że ktoś musiał tu wjechać z wózkiem, pełnym detergentów, i te szczyny wysprzątać, zrobić tak żeby kibel pachniał.
 I żeby nie było, wcale nie porównuje Królowej do kibla, porównanie dotyczy tej branży.Branży blichtru, sławy, pokazywania się, sesji fotograficznych i szeroko rozumianego modelingu.

Wygląda to tak, że my jako odbiorca, patrzymy już na ladnie opakowanym gotowy produkt, wypasione zdjęcie, dopracowane detale. Nikt nie myśli o tym, że ktoś wcześniej musiał wystarać się o miejsce do sesji, wybrać ubrania, dograć szczegóły, wyżebrać jakieś normalne warunki, znieść humory samej gwiazdy, obetrzeć łzy, uspokić, i finalnie doprowadzić wszystko do końca.

Tym się zajmuje, stoję z tyłu, z boku, tych przepięknych kolorowych zdjęć, wykonuje dziesiątki telefonów, wysyłam wiadomości, dogaduje szczegóły, załatwiam fotografów, miejsca na zdjęcia, noszę wielkie pokrowce z ubraniami, pomagam zakładać buty, pocieszam, kiedy praca się wydłuża jakoś masakrycznie, i okrywam czymś ciepłym gdy zdjęcia trwają w deszcz.
I chyba jestem przy niej, to najważniejsze dla nas obu.
Jestem przy niej zawsze kiedy potrzebuje, i ona jest zawsze.

Do kurwy mnie co prawda doprowadza jej zamiłowanie do mediów społecznościowych, i kiedy kręci kolejny film na Instagrama, ja chowam się jak najdalej, choć jak mnie czasem złapie, to nie powiem jestem istnieje.
 Ja tego po protu nie rozumiem tak do końca, choć nie powiem żebym sama nie używała, też korzystam, z tym, że korzystam prywatnie, a nie jako obiekt, do którego ślinią się, i walą sobie konia jakieś zgredy, bo pokazałam kawałek cycka.

Chociaż nie.
Na pewno tak nie jest.
Nie pokazuje cycków byłe komu.
Nie pokazuje cycków na Insta.
Nie pokazuje cycków na Fejsie.
Właściwie raz pokazałam cycki.
Nie lubię moich cycków.

Prócz wolontariatów, zatem zajmuję się pokazywaniem Królowej, i zapleczem wielkiego świata.
Każda Kim Kardashian musi mieć takiego kogoś, kto sprząta dla niej życiowy kibel.
Pamiętam jak zaczynała.
Jak zaczynała szyć, projektować, pokazywać się.

Pamiętam jak była obiektem kpin. Kpin, że zostawiła pracę w Biedronce, i zachcialo się jej modelingów, pamiętam jak spotykała się z krytyką, z wyśmiewaniem, jak nikt nie wierzył, Pamiętam jak wtedy walczyła, pamiętam jak się uparła, jak dążyłą do celu.
Pamiętam jak zaczynałyśmy, pierwsze projekty, pierwsze zdjecia, nieśmiało cykane telefonem, pierwsze porażki, pierwsze zawody, pamiętam jak totalnie nie szło.

A teraz ?
 Ogólnopolskie marki , profesjonalne zdjęcia, dziewczyny uwielbiają jej ubrania, co najważniejsze, kupują i to się naprawdę kręci. Zarabia dobrze, na tyle że może zajmować się tylko tym.

Jestem z niej dumna.
Naprawdę jestem z niej dumna.

Ostatnio zauważyłam, że lubi ze mną uciekać.
Lubi ze mną pojechać na jakąś odludną planete gdzie nikt, nas nie zna, usiąść na trawie, albo w jakiejś fajnej knajpie, i po prostu pobyć.
Rozmawiamy teraz trochę inaczej, od kiedy u mnie wszystko pierdolnęło, ona zrozumiała, że nie ma ludzi niezniszczalnych, że nie ma ludzi którzy nie cierpią, i nie odczuwają, zrozumiała chyba że moje postrzeganie świata, że moja chęć robienia dobrego, że mój ból i wkurwienie, kiedy te dobro nie wychodzi jakbym chciała, że to nie fanaberia, a taki tryb życia.
Zaczęłą rozumieć, moje pretensje do świata, moją chęć dąrzenia do tego żeby było dobrze, szczęślwie, przestała mówić, zaczęła słuchać, i zastanawiać się.
Gdzie my idziemy ?
Dokąd zmierzamy ?
Czy dobrze robimy ?
Czy warto tak zapierdalać, po trupach ?
Lubię kiedy uciekamy.

Lubię kiedy myślą o nas że jesteśmy mocno zepsute, a my jedziemy w otchłań, wyciągamy koc z bagażnika, palimy ognisko, leżymy na trawie, i marzymy co zrobimy kiedy wygramy w Lotto.
Mamy niepisaną umowe, że jak któraś wygra dzielimy się na pół.

Kiedy mówi mi że kupi mi małe bistro, a obok bedzie budował się bidul dla wszelkich zagubionych w życiu, i że mam obowiazek karmić ją do końca życia, to wiem że mnie rozumie, że słucha i ze kocha po swojemu.

Jest jeszcze Ryś. Ryś który ostatnim czasem mocno namieszał w moim życiu.
Ryś, o którym naprawdę przez moment myślałąm jako o nadziei, nadziei na to, że przyjażń damsko-męska istnieje.
Jak to zwykle jednak u mnie jest, mało kiedy się mylę, jak się czegoś uczepie, to zazwyczaj mam po prostu rację.
Po wszelkich perypetiach, zapewnił mnie bowiem, że wszystko mu przeszło, że wszystko rozumie, a teraz możemy się po prostu kumplować.

Przy czym zakupmlował się przy okazji ze wszystkimi moimi przyjaciółkami.
Stworzył pewnego rodzaju sieć, w której zaczęłam się mocno plątać.
Od każdej bowiem, dostawałam niepokojące sygnały na temat rozmów z Rysiem.
Okazało się , że ich znajomości nie są do końca oparte na takich zwykłych kumplowskich relacjach, miałam wrażenie, ze on dzieki tym znajomościom próbuje sobie przygotować jakiś grunt, wybadać teren, zobaczyć na ile moze sobie pozwolić, zaczął oceniać szanse, i sytuacje, a ja zaczęłam się w tym wszystkim czuć po prostu nie tak.
Nie tak jakbym chciała.
\Czułam ze Ryś, to już nie Ryś, a jakiś twór stworzony z rad moich przyjaciółek.
Miałam wrażenie że stał się trochę gąbką, która wszystko chłoneła, ale nie do końca myślała samodzielnie, i stał się taką... kreaturą prawie idealną.
Chciał być idealny.
Chciał żebym ja pomyślała że jest.
Nie wiedząc że on mnie zafascynował kiedy był sobą po prostu.
I wszystko spierdolił.
Nie umiem ufać mu tak bezgranicznie jak kiedyś.
Czuje po prostu kombinatorstwo.







czwartek, 26 października 2017

.................

Zacznę ospało, zacznę powoli, mam bowiem wrażenie, jakbym zaczynała swoją przygodę z pisaniem od nowa.
Dawno mnie tu nie było, jak na mnie, tęskniłam.
Tęskniłam za Wami, tęskniłam z miejscem, tęsknie jeszcze nadal za samą sobą.

Jakiś czas temu obudziłam się w sali szpitalnego oddziału ratunkowego.
To takie miejsce, w którym lądujesz kiedy złamiesz palec, albo zaczyna Cię boleć żołądek, o czwartej trzydzieści nad ranem, i zupełnie nie wiesz, co masz kurwa ze sobą począć, to takie miejsce, gdzie lądujesz kiedy jebnie Cię samochód, albo pęka Ci serce.

Znalazłam się tam, chyba trochę na własne życzenie.
Zagubiłam się nieco w swoim życiu, a mam do tego nie lada tendencję. Czasami nawet mam wrażenie, że tak gubić się, to tylko ja potrafię.

Zauroczyłam się bowiem, tak. Tak to chyba nazwać można.
Zauroczyć się można wszelako, można wzdychać miesiącami do jakiegoś gościa ze stacji benzynowej, można tam pózniej tankować samochód trzy razy w tygodniu, tylko po to żeby wpaść na niego mimochodem, zauroczyć się można w pielegniarzu, a pózniej lądować na oddziale ratunkowym z wyimaginowanym bólem, tylko po to żeby zrobił Ci zastrzyk, nie patrząc w oczy, zauroczyć się można w księdzu, a pózniej siedzieć pełną godzinę co niedziela i zaglądać mu głęboko w oczy.
Wszystkie przykłady wyżej wymienione czysto platoniczne, takie o których strona do której się wzdycha nie ma o tym zielonego pojecia, a może i ma, tylko rżnie głupa że nie ma. Róznie bywa.

Otóż ja , jako przypadek beznadziejny, ciągnący za sobą swoją małą poharataną dziewczynkę z dzieciństwa, zauroczyłam się w sposób beznadziejny, najbardziej beznadziejny z możliwych.
Zauroczyłam się tam gdzie nie wolno przede wszystkim.
Zauroczyłam się w swojej tęsknocie.
Za mężczyzną, za mężczyzną, który zjawi się znikąd, spadnie na mnie dosłownie z nieba, dostanę go w prezencie od losu, taki milion dolarów zamknięty w ciele mężczyzny.
Wymyśliłam sobie kiedyś, że to będzie facet- facet.
Nie tam facet - jajko przy którym trzeba mocno uważać co się mówi.
Nie facet- cipa który bedzie spędzał przed lustrem dłuższe minuty niż ja.
Nie facet - chłopiec, którego trzeba bedzie otoczyć opieką, albo trzeba go bedzie składać do kupy.
Marzyłam i wymyśliłąm sobie faceta-faceta.
Z krwi i kości.
Takiego, że stoisz przy nim i po prostu samoistnie miękną Ci kolana.
Takiego, który otwiera drzwi do samochodu, ale doskonale wie, że kobiety uwielbiają kiedy rzuca się je na łóżko i zdziera z nich majtki.
Takiego który zaparzy herbatę w gorsze dni, a w te lepsze będzie wkładał ręke tam gdzie się ręki nie wkłąda w miejscach publicznych swojej kobiecie.
Przede wszystkim jednak facet - facet miał potrafić słuchać, chcieć słuchać, wysłuchać, zrozumieć. Miał się też nie bać.
Miał być prze-ku-re-wsko odważny.
Miał się nie bać ludzi, miał się nie bać okoliczności, miał się nie bać zdarzeń, miał się nie bać niczego.

W życiu bowiem, bałam się tak długo, i tak wiele razy, że nie jestem w stanie zliczyć. I nie żebym należała do strachliwych, bo nie, jakby chciał mnie czymś dobić musiałby sie ten ktoś naprawdę długo starać.
Generalnie uważam, że kobiety są nie do zajebania, jednak uważam też że to nie jest ich rola, muszą mieć kogoś, przy kim zrzucą z siebie ten cieżar, to jest coś co oddaję się w związku mężczyznie, tak jak siatki z zakupami, jak młotek, jaki piłę mechaniczną, jak wygoloną cipkę.
Tak jak to wszystko, oddaję się też swojemu mężczyznie strach.

Na moje zauroczenie złożyła się masa elementów.
Bardzo ostrożnie badałam teren, naprawdę bardzo ostrożnie.
Jednak kiedy zaczeły się łąmać wielkie lody, zaczeły obalać się mury, i przekraczać granicę- poplynęłąm.
Oddałam się swojej wyobrazni, oddałam się wszelkim okolicznościom, brałąm.
Chciałam więcej, częściej, mocniej, bardziej.
Jakbym ciągle chodziła głodna.
Że w przypadki nie wierzę, zatem ustaliłam sobie, że my to nie przypadek.

Bardzo szybko ułożyłam sobie w głowię historię.

Widywałam nas przy komiku, widywałam nas na zakupach, widywałam na spacerach, widywałam go razem z moimi chłopcami kiedy bawili się różnymi męskimi gadzetami, widywałam go śpiącego, widywałam jego plecy kiedy ja zasypiałam, widywałam go mokrego prosto spod prysznica, widywałam go z kubkiem herbaty, widywałam też z książką.
Pocieszałam smutnego, patrzyłam na radosnego.
Wszystko w wersji perfect.
Przecież wyobrażenia, nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Czułam się fantastycznie, czułam się naprawdę fenomenalnie.
Jakbym miała libido w wersji full, motyle w brzuchu i zero problemów zdrowotnych.
Kiedy go miałam czułam się szczęśliwa.
Tak po prostu.

Kasia, mała poharatana dziewczynka, którą ciągnę za sobą, i którą wspominałam wcześniej, mówiła jednak że NIE.
To się nie uda.
\Nic co związane z mężczyzną Ci się w życiu nie uda.
\Nie nadajesz się.
Nie podołasz.
To Ci się nie należy.
Szczęście Ci się nie należy.
Ty nawet kurwa nie wiesz co to jest, szczęście.
Odpuść.
Oddaj innym.
Zostaw.
i wreszcie....
Uciekaj.

Moje ucieczki to włąśnie ta mała przerażona dziewczynka.
Która wyłazi ze mnie w dorosłym życiu, zawsze wtedy gdy tego nie chce, zawsze w najtrudniejszych momentach, w życiowych decyzjach, w walce o swoje szczęście.

Kolejny raz jakby kazała wszystko spierdolić,a pózniej uciekać.

Cierpiałam. W śrdoku bardzo mocno cierpiałam.
Dniami, tygodniami.
Mało jadłam, mało piłam.
Dużo płakałam, dużo się przejmowałam.
Tęskniłam, tak za nim , jak i za uczuciem szczęścia które było wtedy gdy miałam świadomość ze jest.
Chorowała dusza, oberwało ciało.
Wyladowałam zatem w szpitalu, wycieńczona, bez siły, bez chęci, jakbym była z innego świata.
Czułam jakbym straciła kawałek życia, jakąś szansę, jakieś szczęscie, a pzrede wszystkim czułam jakbym przegrała.
To co dołowało mnie najgorzej, to to że nie walczył.

Nie pytał, nie interesował się, zniknął jak mu kazałam, wedle życzenia, to pzrecież takie Rycerskie szanować wolę kobiety.
Ostatnie jednak czego chciałam, to zeby liczył się wtedy z moim zdaniem.
To zupełnie jak z dzieckiem.
Ono się odwraca, mówi : Pa pa... i oddala się od opiekuna odważnym krokiem, mimo tego ze zupełnie nie wie gdzie jest, i gdzie idzie.
No i tak sobie kroczy odważnie, po jakichś liściach, czy ścieżkach co i nieraz odwracając się zeby się upewnić że ktoś idzie zanim.
I już , chwilę przed tym jakby wpadł w wielką kałuze, podbiega mama i chwyta go w ramiona.
Cały czas szła za nim, nie spuściła z oka, była, czuwała i zareagowała.
Tak wyglądają mniej wiecej moje ucieczki, i to czego w tym czasie oczekuje.
To chyba chęć, zwrócenia na siebie uwagi, takiego wołania.
Patrz ! Coś jest nie tak, idę, idę, nie wiem dokąd,  niby sama, ale bądz przy mnie bo mam tylko Ciebie.

W szpitalu byłam sama.
Obudziłam się sama, sama stamtąd wyszłam.Nie chciałam z nikim rozmawiać, nie chciałam nigdzie bywać, nie chciałam jeść, nie chciałam się starać, nie chciałam nic.

To było najbardziej przerażające, że nie chciałam nic, bałam się być sama, a jednocześnie zrobiłam wszystko żeby się tak stało.
Nigdy nie obwiniałam jego o to co się wydarzyło, on był poza tym, zupełnie nieświadomy.
No może.. może gdyby czytał dokładniej notki które dla niego pisałam, może zrozumiałby wiecej.
Jednak to nie ważne.
To ja byłam autorem tej historii. To ja byłam powodem, i to ja oberwałam .

Z nerwicą spotkałam się tylko kilka razy, bardziej usłyszane niż przeczytane, bardziej opowiadane niż przeżyte.

Szczerze mówiąc wyobrażeie miałam o tym takie że ludzie mający nerwicę, po prostu częściej się denerwują.

Pamiętam pierwsze dwa ataki.

Pierwszy trwał kilka godzin.
Chodziłam po mieszkaniu i nie mogłam złapać pożadnego oddechu.
Miałam uczucie wielkiej guli która stoi mi w gardle.
W środku wszystko mi się trzesło.
Kiedy chodziłam, miałam nogi jak z waty.
Serce biło szybko. Bardzo szybko. Miałam wrażenie że to słychać.
Okropnie się wtedy umęczyłam fizycznie.
Cały czas chodziłam, bałam się usiąść w jednym miejscu, bałam się że coś mi się stanie, wrażenie spętania i opętania jednocześnie.
Czułam się jak w nie swoim ciele, natłok myśli mnie zabijał, aż w końcu pojawiłą się jedna, jedna która zadecydowała o reszcie wydarzeń.
Pomyślałam że umieram.

Tak, tak właśnie wygląda śmierć.
zimno i gorąco na przemian, okropny ból głowy, kark sztywny, i ten bezdech, świat wiruje, nie wiesz co się dzieje , wstałam i zemdlałam.
Ocknełam się już na łóżku, przy mnie była matka i dzieciaki.
Spałam długo po tym wszystkim, dla mojego organizmu to był ogromny wysiłek. niewyobrażalny.

Myślałam że to incydent. Że coś się wydarzyło po porstu, jak wiele razy w moim chorowaniu działy się rzeczy dziwne.

Poczułam to kilka dni pózniej. Znów. Znajomy lęk w środku.
Byłam tak przerażona na sam a myśl, że sytuacja może się powtórzyć, że zaczęłam dygotać.
Serce bije szybciej.
Wszystkie mieśnie spięte.
Pięści zaciśnięte.
Ciało jakgdyby gotowe do walki.
Puls przyspieszony, na ciele krople zimnego potu.
Płytki oddech.
Myślę sobie cholera znowu, znowu to do mnie przyszło.
Znów myślałam że umieram.
Jkaby serce waliło a jednak przestawało bić, jakbym mogła oddychać, ale każdy oddech miałbyć tym ostatnim.
Najgorsze były i są zresztą myśli.
Myśli , gonitwa której nic i nikt nie może zatrzymać.
Myśli, ze zaraz umrę, że zaraz wszystko się skończy, myśli że zostawię swoje dzieci i.... lawinowo milion innych.
Tego nie da się ani opisać ani opowiedzieć.

Zaczęło się piekło.
Ataki były codziennie, trwały po kilka godzin, przerwać je mogła tylko bardzo silna tabletka nasenna.
Nie byłam w stanie podnieść się z łóżka, zrobić sobie herbaty, kanapki, nie nyłam w stamie ułożyć sobie leków, wziąć prysznica, nie byłam w stanie nawet mówić, bałam się budzić, bałam się zasypiać, bałam się wszystkiego.

w dwa tygodnie schudłam 10 kilogramów, i byłam wrakiem człowieka. Codziennie po kilka godzin za życia przeżywałam swoją śmierć która nie nadchodziła, zapętliłam się w swoich myślach i w strachu tak że nawet jeśli ktoś na tamtą chwilę pytał, nie uzyskiwał odpowiedzi bo nie umiałam skleić zdania.

Królowa nie wytrzymała, wsadziła mnie w samochód, dosłownie w dresach i w kocu i zawiozła do lekarza.
Dostałam leki.
Chemiczne gówno które miało mnie ożywić i zapewnić spokojny sen.
Na efekty niestety trzeba było poczekać miesiąc.
Przez miesiąc sprawdzała mnie, robiła zakupy, woziła dzieci do szkoły, robiła absolutnie wszystko czego ja nie byłam w stanie zrobić, a nie byłam w stanie zrobić nic.

Jest lepiej.
Jest inaczej.
Obudziłam się z tego koszmaru, choć podobno zostanie ze mną już do końca życia.
Nadal budzę się w nocy z płaczem.
Nadal wstając rano czuje niepokój.
Nadal nie jest mi łatwo.
Nadal nie czuję się szczęśliwa.

Walczę jednak, dla siebie, dla tych co są obok.
Nadal tęsknie.
Mam nadzieje że wrócę do pisania.
Uwielbiam to robić.

Zbieram na aparat, to kolejna pasja, zawsze uaktywniana telefonem jedynie, czytam książki, gotuje, leże przy komiku.

Staram się wracać do świata żywych.





czwartek, 12 października 2017

Chciałabym mieć męża.

11 lat spędziłam u boku mężczyzn niegotowych. Zastanawiających się. Spędzających ze mną miło czas, ale opowiadających mi o priorytecie wolności w swoim życiu, nie chcących nawet poruszać innych tematów. A ja miałam 23 lata i wydawało mi się, że to trochę nieważne czego ja chcę, że prawdziwa fajna laska powinna być wyluzowana, nie chcieć stałego związku, zgadzać się na wszystko co zaproponuje jej partner w łóżku, chodzić na striptiz i umieć nie narzekać, czyli zająć się sobą, kiedy on mówi "w życiu mężczyzny jest taki moment, kiedy należy wyruszyć w samodzielny rejs". Cicho w głowie pisałam "chcę mieć dom". Chciałam razem robić remont i kupować choinkę. Po 11 latach zostałam sama w pustym domu z refleksją, że przecież kurwa mać, moi znajomi biorą śluby i to ci których znałam przez ten czas. Patrzyłam w ciemny sufit i myślałam sobie "o co ci kurwa chodzi".

I zrozumiałam.

Chodzi mi o bycie z kimś, kto się nie boi.

Kiedy mówię "chcę męża" to mówię "z puli wszystkich mężczyzn wybieram nie tych, którzy boją się związku tylko tych, którzy doceniają to kim jestem i mówią nie szukam dalej, a kiedy będzie źle, to usiądę z tobą, a jak będzie trzeba wybulę 180 zeta na terapię par i będę w tym z tobą". To nie jest romantyczna wizja. Wiem, że nie każdy chce ją spełniać, tylko ja o tym nie mówiłam. Bo się bałam. Bo nie wypada. Bo w ogóle nie wypada, żeby kobieta chciała wziąć ślub i mówiła o tym wprost, bo to jest biała sukienka, wesele i zdjęcia. Oczywiście ja najchętniej wzięłabym ślub w dwie osoby w urzędzie stanu cywilnego, bo nie ma za mną tęsknoty za ceremonią, jest tęsknota za partnerem który wybiera mnie tak jak ja wybieram jego.

Po 11 latach zdałam sobie sprawę z tego, że chcę kogoś, kto chce ze mną robić remont, mimo że ja bardzo tego remontu nie chcę, kto stwierdza "nie szukam dalej, jesteś najzabawniejsza i miła w dotyku". Nie potrzebuję do tego czekania AŻ ON TO ZROBI, w myśl tych wszystkich psychoewolucjonistycznych bredni, gdzie mężczyzna zdobywa, bo ma penisa i penetruje i przyzwyczajony jest do zdobywania. Widzę to jako wzajemny kontrakt dwóch osób, które lubią się ze sobą śmiać, lubią się dotykać, wiedzą że będą się kłocić, ale ta kłótnia to nie bitwa o Iwo jimę, tylko regulacja przez kryzys. Ale na samym końcu musi być pewność. Obydwie strony muszą chcieć tego.

"Mam tę obrączkę bo chcę wszystkim powiedzieć, że już nie szukam. Tak długo aż obydwojgu nam będzie zależało na nas i obydwie strony będą chciały pertaktować szczerze o tym co się dzieje, tak długo jesteśmy mężem i żoną. Tak długo jak będę chciała czuć smak jego spermy na języku, tak długo jak po wyjeździe nie będę mogła przestać go słuchać kiedy opowiada, tak długo kiedy będzie moim przyjacielem. Odpowiedzialni osobno za coś co jest nami razem".

Ponieważ 4 lata temu zdałam sobie sprawę z tego, że mimo że bardzo źle znoszę mieszkanie z kimś, że zawsze ten sam problem: nie umiem "zadbać o swoje potrzeby" jak piszą w Wysokich Obcasach, czyli nie umiem wystękać "yyy wiesz co jest mi smutno że tak robisz i jakby rób co chcesz, wiem że jesteśmy oddzielnymi planetami czy chuj po prostu osobami", że mimo że moja strategia dbania o potrzeby polega na zaczynaniu zdania od "yy bo ja jestem zjebana" (bo jednak jestem, bo bycie dzieckiem nadużywanym w dzieciństwie powoduje, że jesteś obrośnięty bąblami i siniakami, które lubią pękać w najmniej oczekiwanych momentach, i nie jest to piękny widok) że mimo że czasem naprawdę tak myślę, niech mnie nikt nie dotyka, jestem Mechaniczną Małgorzatą, proszę przestać, nic mnie nie boli i nigdy mi na nikim nie zależy.

Więc te 4 lata temu zdałam sobie sprawę z tego, że to kłamstwo. Że chcę mieć ulubioną osobę i razem z nią poznawać świat. Iść obok niej, a ona niech obok mnie idzie. Jako oddzielne osoby, które idą obok i razem, które są na tyle dorosłe, że potrafią szczerze ze sobą rozmawiać o rzeczach najtrudniejszych do przyznania się. I chcę mówić o niej "mój mąż", ponieważ wierzę że ten termin można zastąpić czymś innym, że "żona" może być osobą rysującą na asfalcie, a mąż może nie myśleć poważnie o nieruchomościach tylko rysować komiksy.

Jak Bóg mi miły, nie ustanę w tym.
Śmieją się ze mnie kiedy to mówię, a potem słyszę inne kobiety, które też tego chcą.




piątek, 29 września 2017

.............

Kurwa jasna, jak bardzo, jak bardzo, ale to jak bardzo, jak katastrofalnie bardzo chcę się z nią teraz kochać.
Uciekajmy z tej pieprzonej szopki, wybierzmy najtańszy z cywilizowanych scenariuszy, znajdźmy czystą pościel, wannę, kupmy w dyskoncie najtańsze zapachowe świeczki, umyjmy się, wytrzeźwiejmy, wypijmy tylko butelkę bułgarskiego półwytrawnego za osiem złotych i wtedy to zróbmy, niech to trwa wieczność, i niech to będzie czymś większym niż seks i większym niż życie.
Ale zrobić to w tym namiocie, to jak zrzygać się na ołtarz.




Jakub Żulczyk – Zrób mi jakąś krzywdę... czyli Wszystkie gry video są o miłości

Marzę o tej książce.

piątek, 22 września 2017

Byłam przekonana, że jest osobą, na którą czekałam. Że tylko musiałam trochę wytrzymać dłużej. Bo przecież pasujemy do siebie idealnie. Tak wiele nas łączy, tak bardzo się zgadzamy. Powierzał mi rzeczy, których – jak sam twierdzi – nie znał nikt poza jego najbliższymi. A więc czułam się wyróżniona. I ta tęsknota, o której pisał, która z niego wypływała… Marzyłam, żeby towarzyszyć mu w tej drodze, którą idzie; by mu pomagać, wspierać go, inspirować. Słuchałam muzyki, której on słuchał i czułam, że przenikamy się gdzieś na jakiejś niewidocznej płaszczyźnie, do której wpuścił mnie z ostrożnością. Marzyłam, że kiedyś będziemy razem zanurzać się w tym świecie. W jednym pokoju. Że będzie mi dane zanurzyć rękę w jego włosach. Wyobrażałam sobie, jak razem w milczeniu siedzimy na ławce i wpatrujemy się w horyzont. Pragnęłam ukoić jego zmarznięte z zimna palce w swoich dłoniach. Bo mam zawsze ciepłe ręce.



wtorek, 12 września 2017

- W takim razie nic z tego nie będzie.- powiedziałam.
- Dlaczego? Czy jest Ci ze mną źle? Źle się ze mną bawisz?
- A może pobawimy się na moich warunkach?
- Co masz na myśli?
- Pobawmy się w dom. Ty zostaniesz moją miłością życia, a ja Twoją. Będziemy żyć ze sobą do końca swoich dni na tej ziemi. Będziemy mieli swoje prace, czasami będziemy się w nich zatracać, ale to będą wciąż nasze pasje. Zbudujemy nasz własny, mały dom, gdzieś na przedmieściach. Zaadoptujemy trzy psy, bo na dzieci się nie zdecydujemy. Sami będziemy wiecznymi dziećmi, więc dla bezpieczeństwa naszego i nie tylko, lepiej będzie nam szło wychowywanie psów. Będę nam parzyła wieczorem ulubioną herbatę z cytryną. Ty w zimie będziesz rozpalał kominek, przy którym będziesz grzał zmarznięte ręce. Co niedziele zanim wstaniesz, będziesz czuł zapach ulubionej szarlotki. Wszystkie śniadania jak i kolacje będziemy jedli zawsze razem, bo wspólny posiłek to ważna rzecz w każdym związku. Dwa razy do roku będziemy jeździli w nasze ulubione miejsce jakim są Mazury i to piękne jezioro, o którym będzie wiedziało tak mało osób.Kłótnie? Częste, ale nie groźne. Pominę te kilka razy kiedy talerz obije się o ścinę, ale nie pominę nigdy tego namiętnego seksu po każdej z tych kłótni. Będąc przy seksie, zawsze będę mówiła, że jesteś najlepszy. Postaramy się, aby Ci ludzie, którzy twierdzą, że namiętność z biegiem lat przemija, patrzyli na nas i widzieli coś zupełnie innego. Jeżeli zastanawiasz się, czy wzięliśmy ślub w tej zabawie to TAK, wzięliśmy, ale tak jak Ci zawsze mówiłam, zostałam przy swoim nazwisku, Twoje nadal mi się nie podoba.
Nie będziemy uchodzili za idealną parę, oboje mamy niewyparzone języki i to nam nie przejdzie, ale nigdy nie pozwolimy powiedzieć na siebie złego słowa. Wiesz coś na zasadzie, ja na Ciebie mogę mówić "idiota", ale dla innych lepiej żeby sobie nie pozwalali.

Z biegiem lat utwierdzisz się w przekonaniu jaki byłbyś głupi gdybyś wtedy podczas tej rozmowy powiedział NIE, ile byś wtedy stracił. - skończyłam, rozmarzona wizją naszej wspólnej przyszłości. Czekałam na jego reakcję, która niestety nie przychodziła. Spojrzałam na niego, a jego oczy mówiły więcej niż on sam. On tego nie chciał, a nawet nie musiał mówić. Ja już sama wiedziałam, że on nie zna zasad tej gry i nie chce ich poznać.

-Aniu.. wiesz..- zaczął, ale szybko mu przerwałam.
- Wiem, widzę to po Tobie. Zdążyłam Cię już na tyle poznać, aby wiedzieć co chcesz powiedzieć.
- Przepraszam.- tyle zdołał z siebie wykrztusić.
- Czyli nie pobawimy się w dom...- wyszeptałam szybko, automatycznie pod nosem, wstałam i wyszłam.

- Czarne Buty

Z Tobą od samego początku była burza. Ciągle intensywne emocje i nowe bodźce. Nie pozwalałes mi się nudzić. Było idealnie. W takiej burzy si...