poniedziałek, 23 kwietnia 2018

niedziela, 15 kwietnia 2018

Ostatnio, podróżując sobie w tą i spowrotem z Lucynką, natknęłam się nawet nie kilku, a kilkunastokrotnie na pewne zjawisko.
Zjawisko, nie. Zjawisko to złe słowo, nie dzieje się to przecież samo, a jest działaniem ludzkim.
Wypalanie traw.
Nigdy nie przywiązywałam do tego większej uwagi, jednak w tym roku mnie to jakoś zatrwożyło.
Wkurwiona byłam przede wszystkim tym, że podczas tych pożarów giną jeże, i inne biedne zwierzątka, które te trawy wysokie zamieszkują, wkurwiona byłam, że podpalają je wtedy kiedy jest największy wiatr, i ogień rozprzestrzenia się dosłownie w sekundy, siejąc to coraz większe spustoszenie, wkurwiona byłam, że dzieje się to tak blisko budynków mieszkalnych, i według mojego oka, dobytki całego życia od ognia dzieli kilka minut tego płonącego ustrojstwa.

No, ale jak to ja. 
Powkurwiałam się trochę, i przestałam o tym myśleć, wraz z tym jak pożary ustąpiły.
Spacery z Lucyną, nie ustały, to pies który we krwi ma bieganie. Bieganie, ciągniecie, i parcie do przodu.
Spacery z nią na smyczy, jak z kulturalnym miejskim pieskiem nie wchodzą w gre, bo to nie jest miejski piesek.
Ona nadawałaby się gdzieś do wypasu owiec, na podhale, tak żeby mogła biegać bez celu w kółko.
Kiedy pojechałam ją adoptować, pani która była właścicielką matki i ojca, byłą ze mną absolutnie szczera, nie jak się czasem zdarza, pytasz czy pies rasowy, zapewniają ze tak, mają nawet ksiązeczki certyfikaty i ble ble wszystko.
Pytasz czy piesek będzie mały, oni mówią że tak, i zapewniają na wszystkie cuda świata.
A pózniej co ? 
Z rasowego rośnie coś, czemu nie sterczą uszy a miały, a z malutkiego rośnie wielkie nieokreślone coś.
No, ale że kochasz to się nie czepiasz reklamacji nie składasz, tylko wychowujesz.
Z Lucyną, sytuacja była prosta.
W jednych boksach Para Husky, w drugich para Owczarków Kaukaskich.
No i Pani mówi, że pojęcia nie ma jak się to wydarzyło, ale się sparzyły, oba nie z tych boksów co trzeba.
I z łona Husky wylazło 8 sztuk szczeniaków, które odstawały od norm hodowli, bo rzecz jasna były nie rasowe.
A ja lubię, kiedy coś odstaje od normy, kiedy coś jest byle jakie, kiedy coś jest niechciane, ciągnie mnie tam jak cholera.
Adoptowałam ją zatem, myśląc z tyłu głowy, ze z tyłu za domem, mam tyle terenu, co niejeden na podhalu nie ma. 
Rzecz jasna wychowawczo przed adopcją, Potwory podpisały umowę, opiewającą na 10 punktów, mówiącą o tym, że każdy bedzie z psem wychodził, sprzątał w fazie początkowej wszelkie siusie i kupcie, i takie tam inne, o wyczesywaniu, pilnowaniu swoich butów i inne.
Przez pierwsze trzy dni, punkty były owszem przestrzegane, niestety w dniach kolejnych nikt już umów się nie wywiązywał.
I wszystko co związane z Lucynką wzięłąm na siebie.
Satysfakcje mam niemiłosierną, kiedy kumplostwo Potworów zachwyca się piękną Lucyną, głaszczą i tulą, chłopcy mówią, ze tak owszem to ich piesek, po czym ja wtrącam, że nie ich tylko mój, bo to ja się nim zajmuje.
Dobra. Sytuacja ostatnio się nieco poprawiła.
Młodsi ogarnęli, że na Lucyne lecą laski, a starszy że przydaje mu się do treningów kiedy biega.

Wracając do wypalonych traw. Przy kolejnych spacerach z Luśką, znów zauważyłam coś na co nie zwracałam wcześniej uwagi. Nigdy. Na miejscu tego pogorzeliska, wyrasta piękna, soczyście zielona trawa.
I kiedy tak siedziałam ostatnio nad wodą, pomyślałam, ze tak to jest.
Cholera tak to jest !
Natura. Piękna, mądra, nieprzewidywalna, postępująca czasem wbrew wszystkiemu natura.
W życiu też tak jest. Z nami.
Czasami mamy wrażenie, ze stoimy w takim pogorzelisku, i już nic, nigdy ni chuja z tego nie będzie, że to koniec naszego życia, że nic lepszego się już nam nie przytrafi, i generalnie jedyne co nam zostało, to wykopać sobie dołek i się tam jebnąć czekając na śmierć.
O ile natura w przypadku rekonstrukcji świetnie radzi sobie sama, o tyle my nie na darmo dostaliśmy mózgi. 
Nam to czasem idzie o wiele dłużej, takie wygrzebywanie się z popiołów, jednak tak czy siak, głównie od nas to zależy. Jak szybko się to stanie. Jak szybko w miejscu spalonej trawy, wyrośnie, nowa, piękna, zielona.

Czasami myślę, że jestem zdrowo szurnięta, że przychodzą mi takie metafory do głowy, z drugiej jednak strony myślę, że ludzie powinni mi zazdrościć tej wrażliwości na świat, i dostrzegania tego, co inni olewają.

Dziś robiąc sobie kawę rano, patrząc przez okno, jak wszystko zaczyna się zielenić, przypomniałam sobie okres, kiedy pisałam notki codziennie. Był taki moment.
Byłąm wypełniona po brzegi. Emocjami. Niekoniecznie to było dobre, bo szarpało mną na lewo i prawo, od euforii, do płaczu, ale byłam jakaś.
Pełna. Chciało mi się. Chciało mi się cieszyć, i chciało mi się płakać.
Pózniej był taki okres, że też mi się chciało, chciało mi się ponad normę. Myślałam, że to już, że to ten czas, i to ten On z którym bede mogła nic nie mówiąc leżeć na trawie latem, z którym bede mogła pomówić o wszystkim i powierzyć najskrytsze sekrety.
Myślałam, że to nie zbieg okoliczności, a jakiś znak z góry.
Że tak ma być, że to nie przypadek, że trzeba to wypracować i bedzie pięknie.
Oczekiwania i wyobrażenia to najgorsze kuku, jakie mogłam sobie zrobić.
Pózniej przyszło rozczarowanie, ciemność i pustka.

Gorsze wyniki badań, dziesiątki dolegliwości, połowa prawdziwych, połowa tych które dają się we znaki gdy boli dusza.
No i stałam się pusta.
Kiedyś , gdy zasiadałam do komputera, byłam dumna z każdej wypisanej tu bazgroły. Bo była moja, świadoma, jakaś. Nie wszyscy musieli się z tymi bazgrołami zgadzać, ale wiadomo dla mnie było, że wylazło to ode mnie i ze mnie, i tak na tą chwilę czuje.
Notki były jakieś.
Teraz są nijakie. 
Są puste, czasem nieco wymuszone, czasem sprawdzające czy nadal potrafie, czy jeszcze nie zapomniałam jak przelewa się wszystko na papier bądz tu.

Leki, które miały uratować mi skórę, zrobiły mi czystkę w duszy.
Może właśnie tak mają działać.
W każdym razie, nie czuje wychwytnej serotoniny, czuje pustkę.
Dosłownie.
Nie potrafię się cieszyć, nie potrafię się złościć, nie potrafie się smucić.
Doskonale potrafię się za to zawieszać. Patrzeć w punkt. Milczeć. Ewentualnie żyć obok.
Czasem czuje się trochę jak Asperger.
Taki pozbawiony emocji, a jednak w środku nimi buzujący, emocjami które są nieadekwatne do sytuacji, przerysowane, udawane.

Nie mogę siebie takiej znieść.
Nie chce rozmawiać z ludzmi.
Jakoś nie umiem, nie potrafię.
Jednymi w tej szklanej skorupie, dla których mi się chce, są Potwory, Chłopcy z ośrodka, Pani Wandzia, Moja Pani Doktor, mówię o tej od duszy, która chcąc nie chcąc jest lekarzem, i Mała.

Grono, które dopuszczam, które akceptuje, z którym jeszcze mi się chce.

Taki mam plan chytry na najbliższy miesiąc żeby odstawić te pigułki. Wydaje mi się, że to bedzie najlepsze. Chyba wolę gnić we własnych łzach niż nie umieć płakać.
Nie zrozumiem bowiem, co mnie boli i gniecie, jeśli nie bede umiała tego wziąć w ręce, przyjrzeć się temu, przecierpieć, albo cieszyć się tym, od tak.
Mam wrażenie, że wszystko jest teraz zwyczajnie zakamuflowane.
Bogu dzięki, że mam w sobie jeszcze świadomość, i wiem że coś jest nie tak.
Aż się boje pomyśleć, co by było gdybym myślała że tak musi być i chciała ten stan zaakceptować.

Przede mną czas pracy. Nadchodzi czas kiedy marzenie o stworzeniu kalendarza stanie się rzeczywistością.
Wiem, że uczestnicy, i wszyscy Ci którzy pomagają mi, do końca nie wiedzą co mi siedzi w głowie, traktują to chyba troche jako zabieg marketingowy.
A dla mnie to coś cholernie osobistego.
Coś co chciałabym usiąść i przekazać kiedyś mężczyznie mojego życia.

Dziewczyny, które biorą w nim udział to moje bohaterki.
Godziny rozmów i przekonywania, że bez piersi też jesteś kobietą.
Po wypadku ze zniekształconą twarzą też jesteś kobietą.
Nieuleczalnie chora też jesteś kobietą.
Wychowując dziecko, które umiera też jesteś kobietą.
Jeżdząc na wózku też jesteś kobietą.

Do końca życia nie zapomnę tych rozmów.








niedziela, 25 marca 2018

Taki mam etap w życiu, że na słowo ''kołek'', '' wałek'', zwrot:
- Gdzie mój szary śrubokręt?
- Podaj poziomice.
Reaguje odruchem wymiotnym.
No tak. Mam remont.
Remont dość duży, a może nie duży, a dokładny.
Kurfa. Pierdole.
Remont jest duży. Serio.
Tak duży, że żeby coś wnieśc, trzeba wynieść, a żeby wynieść trzeba wypakować, a żeby wypakować trzeba się zdecydować co wyrzucić, bo jak nie wyrzucisz, to tamto nowe, co trzeba wstawić po prostu nie spełni swojej funkcji bo nie pomieści.

Jestem chomikiem. Tak. Ogromną świnką morską wrecz zbieractwa.
Wiem, to wada, wiem że tak nie powinno być, ja tam sobie wszystko zawsze czesto tłumacze, czy też może inaczej, jak każdy uzależniony tłumaczę się i wypieram.
Moją wymówką zupełnie bezsensowną na te zbieractwo jest sentyment, i zwrot : '' PRZYDA SIĘ''.
Tak więc mam. Mam obrączki z urodzin chłopców, mam ich laurki w kartonach, mam prace wykonane ręcznie na dzień matki, mam setki, nie.. nie setki mam tysiące niepotzrebnych ubrań, dla siebie i dla Potworów, mam kamienie zbierane nad wodą, muszle kiedyś przysłane, mam kartki sprzed lat 8, mam sukienkę.. dobra, miałam sukienkę w panterkę, taką jeb do kostek, z rozporkiem nawet, podarowaną mi przez byłą teściową która już na dodatek nie żyje.

W każdym wychodzeniu z nałogu, potrzebna jest chęć motywacja, i wsparcie z zewnątrz też się przydaje.
Zatem Mała dotarła na plac boju, gdzie stała nade mną z niewzruszoną miną i kazała segregować.
Katusze przeżyłam ogromne, ale dzięki niej worków wyjebałyśmy jakie 5, 120 litrów żeby nie było że jakieś woreczki małe.

Dumna jestem z siebie, wdzięczna jestem jej za pomoc, przyjazd, każdy wyrzucony worek, i każdą zmiecioną szufelke tego syfu.
W życiu też mi to robi, za co bede wdzięczna do grobowej deski.
Oczyszcza mi umysł, za każdym razem, kiedy zwątpie, rozhisteryzuje sytuacje, nie ogarnę tematu.

Tak więc remont. Mam salono-pokój sypialniany- bawialnię Potworów-pokój gier w jednym jak zawsze, i jak zwykle, i to się chyba nie zmieni dopóki ta banda moja się nie wyniesie, z którego jestem dumna cholernie.
Pierwszy raz chyba podoba mi się tak naprawde, wybrałam od A do Z tak jak chciałam, a nie tak jak musiałam czy skleiłam, i odczuwam naprawdę dużą satysfakcję z tego na co patrzę.

Poza tym, ciągle na tapecie sprawa festynu, pomocy dla Pani Wandy, i kalendarza który zacznie powstawać niebawem.
Teraz kiedy to wypisuje, wydaje mi się to tak mało, tak niewiele.
W rzeczywistości, prowadzimy jednak stronę, na stronie odbywają się licytacje, zanim je wystawimy, musimy je znależć, pogadać z Darczyńcami, wystawić, pózniej podkręcać atmosfere zabawy, na koniec ogarnąć dostarczenie przedmiotu Licytującemu i takie tam...
Dodatkowo, robić burzę mózfów, gdzie myślimy co jak i z czym, na co wydać kasę, jak organizacyjnie to załatwić, jakie rozrywki zafundować dzieciakom z ośrodka, co bedą jadły, co piły i inne.

Zbiórka dla Pani Wandy idzie mniej spektakularnie.
To też chyba taka sytuacja nie przypadkowa w moim życiu.
Cześto przecież takie miewam, dlatego i tym razem uwierzyłam że nie stało się to przypadkiem.
Kiedyś do mnie zadzwoniła, jako do pracownika fundacji.
Fundacji w której wypruwałam sobie żyły.
Zadzwoniła do mnie zatem kobieta, owa Pani Wanda, i po minięciu kilku służbowych minut rozmowy, zaczęłyśmy rozmawiać od serca.
Wtedy się rozpłynęłam. Ponad 30 lat pracy jako nauczycielka w szkole, mąż alkoholik, który pił i bił i nie mówiło się o tym, bo to wieś, inne czasy, i nie wypada, wtedy należało po prostu trwać.
Mąż zachorował, walczył, a może wegetował 10 lat. 10 lat nowotworu, który zabierał mu zdrowie, zdrowie Pani Wandzie, bo przecież go nie zostawiła, opiekowała się swoim wieloletnim oprawcą, zmieniała opatrunki, woziła na badania, do lekarzy, kupowała leki, załatwiała lepsze warunki w domu, lepszą diete, a pózniej specjalistyczne posiłki kiedy nie mógł jeść normalnie.
10 lat, walczyłą o jego zdrowie, i zajmowała się domem, wydatkami, i organizacją ich życia.
On przez 40 ją zdradzał, lał i poniżał, a ona dbała o jego spokojną i jak najmniej bolesną śmierć, która nadeszła tak czy siak.
Pani Wanda została z długami, długami, które zaciągała na leczenie męża oprawcy, została w domu, który nie nadaje się do zamieszkania, bo jak wiadomo przy domu trzeba pracować, o dom trzeba dbać, a kiedy ten chłop chory, to i jak dziura w dachu się robiła, to i nikt, nie łatał, a ona się powiekszała, i powiekszała, a finalnie kiedy pada stoi pod nią miska, bądz wiadro.

Dla mnie Pani Wandzia jest swojego rodzaju bohaterką.
Przeżyła jakieś tam wojny, jakieś tam komuny, jakieś tam tysiace rzeczy, o których nam w dzisiejszych czasach się nawet nie śni, uczciwie przepracowała całe lata dorosłego życia, jest wykształconą, niesamowicie mądrą kobietą i dożywa swoje ostanie lata, jak nędzarz.
Jak nędzarz, bo komornik zabiera część emerytury na dług, rachunki swoje kosztują, zdrowie już nie dopisuje, serce domaga się lekarstw, a on oszczędza.
Oszczędza jak może, bo jak kurwa nie oszczędzać kiedy na życie zostaje 150 złotych miesięcznie.
Weżmy kurfa miesiąc, weżmy 30 dni, i spróbujmy przeżyć.
Okaże się, że masło do chleba i cukier do herbaty to luksus.
Nie mogę się z tym pogodzić.
Jakaś luka , jakaś ogromna luka w tym naszym prawie, żeby nie było pomocy dla takich ludzi właśnie.

Z innej beczki.
Wczoraj leżąc już w swoim pięknym nowym, salono-sypialniano-zabawowo pokoju, kiedy już wszyscy spali, chciałam obejrzeć film.
Jako że zupełnie nie mam pamięci do tytułów, to zaczełam szperać jakoś tak pół słówkami.
Film o chłopcach z poprawczaka.
Film o poprawczaku.
Ksiądz, chłopcy, molestowanie, film.

i żem kurwa znalazła.
Uśpieni film z 2006, De Niro, Pitt i inni.
Pamiętałam, że kiedyś go widziałam, pamiętałam sceny, nie pamiętałam tytułu.

Film opowiada o czterech chłopcach, którzy mieli głowy pełne pomysłów, a dzieciństwo spędzali na psotach, życiem w rodzinach gdzie królowało prawo pięści, i innych.
Jedna z tych psot okazała się dla nich biletem do poprawczaka.
Pierwszą sceną , która uderza prosto w serce, jest tak w której czterech strażników i czterech głównych bohaterów idzie ciemnymi podziemiami budynku zakładu poprawczego.
Idą w czystych białych koszulkach, buzie mają jeszcze pełne, skóre niezniszczoną.
Idą w nieznane, nie wiedzą gdzie i w jakim celu, myśle że najgorszą myślą może być soczysty wpierdol.
Kolejna scena ukazuje twarz strażnika, który zdejmuje spodnie i mówi klękaj, teraz bedziesz mi ssał druta.
Od tamtej pory chłopcy są regularnie gwałceni, przymuszani do orgii, uczestnicz a w gwałtach zbiorowych, patrzą jak oprawcy na zmianę gwałcą ich najlepszych przyjaciół.
Tak kończy się dzieciństwo.
Kolejna część filmu pokazuje już chłopców, którzy są dorosłymi mężczyznami, i każdy z nich obrał swoją inną życiową drogę.
Dwóch zostało rasowymi bandziorami, jeden prokuratorem, inny dziennikarzem.
Dwóch bandziorów, zasiada pewnego dnia przy barze, dostrzegając w rogu sali swojego oprawcę sprzed lat.
Siadają przed nim, i to jest chyba ich chwila zemsty za zbrodnie sprzed lat.
Patrzą na niego wzrokiem pełnym nienawiści i przypominają mu wydarzenia sprzed lat.
Wyjmują broń strzał w kolano, w drugie. Ręka, znów ręka, serce, głowa i tak do wyczerpania amunicji.
Trzecia część filmu to proces owych dwóch bandziorów, których oskarża trzeci z nich który jest prokuratorem, a czwarty dzielnie pomaga, bowiem, cały proces ma na celu ujawnienie tego co działo się w zakladzie poprawczym, i uniewinnienie owych morderców.

Nie obejrzałam do końca, zasnełam że tak to ujmę na sali sądowej.
Zapłakana, z kulą w gardle, zwinięta w kulkę.

Mój oprawca, wyszedł na wolność.
Moja codzienność to właśnie wieczór w barze tych morderców.
Z tym, że ja nie zabijam, nie strzelam, nie mam chwili ukojenia.
Mijamy się na schodach, mijamy na ulicy.
Nawet jednego dnia, kiedy Mała podrózowała ze mną po mieście, zauważyłą mojego pecha.
Stałyśmy pod skelpem żelaznym kupując śrubki.
Idzie, mija nas swobodnym krokiem.
Stajemy na światłach, on przechodzi przez pasy.
Przechodzi spogląda w samochód, po czym odwraca się i patrzy inaczej, prosto w oczy, zauważył mnie i wie już komu się w te ślepia gapi.
Mam za chwilę tyle do zrobienia, musimy zrobić zakupy, niczego nie zapomnieć, wrócić do domu, posprzątać, a ja już w tym momencie nie żyje.
Minimum trzy razy dziennie mam historie z tego baru w filmie.
Wysiadamy z samochodu.
Widzę go przed blokiem. Wysiadam. Słońce świeci, a ja zakładam olbrzymi kaptur od zimowej kurtki. Julka pyta po co. Nie umiem odpowiedzieć. Mijam go o centymetry z głową w kapturze opuszczoną do dołu.
Wstydzę się, dlatego zakładam kaptur, bronie się, owijam, uciekam, kamufluje. Idiotyczne, kaptur mnie nie obroni przecież, ale to silniejsze.






piątek, 16 lutego 2018

Nie odchodzę.
Nie zawieszam bloga.
Nie przestaje pisać.
Nie, nic z tych rzeczy.
Czasami trzeba się z pewnymi rzeczami, osobami, pożegnać.
I to było pewnego rodzaju pożegnanie, adresowane do kogoś konkretnego.

Działam dla Fundacji.
O ile dobrze kojarze nie pisałam o tym, możecie zatem nie wiedzieć.
Praca marzeń.
Ciężka i wykańczająca jednak.

Ostatnio bardzo ciężko pracuje.
Nie fizycznie , a umysłowo.
Wszystko to co do tej pory snułam w głowie, jako wyobrażenie o tym jak można pomagać innym, teraz zamienia się w czyn.
Nie jest słodko.
Nie jest tak słodko jak myślałam, że bedzie.

Wymyśliłam trzy duże projekty, to ja je nadzoruje, ja się nimi opiekuje, ja wymyślam, ja załatwiam, ja negocjuje.
Gdy niedługo zobaczycie na rynku tak zwane Chorobaki, sześć przeuroczych bakterii, wirusów i choróbsk - to wspomnijcie Smoka ;)
To ja je rysowałam, nadałam im oczy, mimikę, i całą resztę, przyjaciele pomogli nazwać, i tak stworzyła się cała rodzinka.

Do tego powstaje komiks, który rysuje genialny grafik i malarz Bukowy, słowo daje, nie wiem jak gościa namówiłam na współpracę, i dziwie sie że jeszcze mnie nie zabił za wszelkiego rodzaju modyfikacje, które wprowadzam w ostatniej chwili.
Bukowy, zaczął współprace z nami po tym jak zobaczył rysunki Filipińskiego, komiks, tworzy się zatem przy współpracy dwóch artystów.

Trzecim projektem jest kalendarz NajLepszych.
Do udziału zapraszam sławnych lub mniej sławnych facetów, oraz dwanaście niezywkłych kobiet.
Kobiet, które przeszły w swoim życiu wiele, i które zasługują na to żeby się przy nich zatrzymać, przyjrzeć się im, popatrzeć na ich historię.
Chce, żeby zdjęcia były dla nich swego rodzaju hołdem, chce im poświęcić dzień, tylko dla nich, chcę makijażystki, fryzjerki, fotografa , wszystko z górnej półki, chce żeby poczuły się wyjątkowe, kochane i docenione.
Może to pewnego rodzaju zboczenie, ale chce im dać wszystko to czego ja w życiu nie zaznałam.

Gdyby nie Mała, ze swoją zdolnością do nazywania tego o czym myślę, i zdolnościami najlepszego copywrihtera świata, pewnie byłąbym w czarnej de.

Na pewno bym była. Jej pomoc jest nieoceniona. Zawszę mogę zwrócić się też do Pani Doktor, której jeszcze nie znacie, a która też jest mi bardzo bliska.

Wiele razy mam ochotę usiąść i wyrzucić z siebie tak wiele rzeczy.
Tyle we mnie siedzi.
Tyle wszystkiego.
Tyle niepoukładania.

Nie mam na tą chwilę jednak nawet grama siły, każdą wolną chwilę poświęcam dla Potworów, domu, pracy.
Mój sposób na rozczarowanie mężczyzną.
Piszę gwoli sprostowania, cobyście może nie pomyśleli że dychłąm.

piątek, 9 lutego 2018

Czasami powinno się odchodzić. Czasami trzeba. Mimo, że rozstania zazwyczaj bolą. Ktoś wyrwał przecież kawałek Twojej duszy i trzyma ją w kieszeni, albo porysował sobą tak bardzo Twoje serce, że z każdym uderzeniem czujesz jego istnienie. I przez jakiś czas nie wiesz co masz ze sobą zrobić. Nie staniesz przecież po środku przestrzeni z wylewającymi się z duszy emocjami i nie będziesz spacerował z krwawiącym sercem zostawiając ślady uczuć w życiu tej osoby. Więc chowasz się w sobie, uciekasz, chcesz zamarznąć, udajesz, że nic nie czujesz. Próbujesz zapełnić skradzione fragmenty. W końcu łatasz te rany, bo nie da się przecież długo tak żyć. I stajesz się inny niż byłeś. Właściwie piękniejszy. Myślę, że ludzie nas zmieniają, rozstania też nas zmieniają, ale najbardziej zmienia nas pustka po drugim człowieku, bo wtedy zaczynamy wiedzieć czego w życiu brakuje nam wyjątkowo.

Nie cierpię marmolady w pączkach.
Serio .
Dlaczego z góry zakłada się, że każdy uwielbia nadzienie ?
Spotkał ktoś kiedyś w sklepie etykietę :
"Pączki puste "
"Pączki bez nadzienia "
No właśnie .

niedziela, 24 grudnia 2017









Udało się .
Zrobili to.
Zrobili to ludzie którym się chciało .
Znajomi . Nieznajomi. I moi serdeczni przyjaciele .
Połowa sukcesu za nami .
Połowa przed nami .
Czekamy na resztę obdarowanych Dzieci.
Na zdjęciach moi podopieczni z grupy Streetworkerow
Oraz Chłopcy z Ośrodka .
Taka ogromna kulę wzruszenia która stoi mi w gardle mam do dziś .
Nie wiem co mówić , nie wiem co pisać .

To co przeżyliśmy podczas tych obu Wigilii to emocje których się nie zapomina .
Okrzyki . Radość . Rozdzielanie paczek które były tak sumiennie pakowane .
Piski.  Pytania do Mikołaja .
Szczypta radości w codziennym życiu .

To właśnie o to chodzi .
To trzeba sobie dawać .
Nie ograniczać się w tym .
Dawać od siebie ludziom to co się ma najlepsze . Nie zawsze można być . Nie zawsze można wspierać . Radość i szczęście trzeba przemycać w każdej możliwej postaci .

Za chwilę zaczynamy Nowy Rok .
Nie będzie postanowień bo .. to można robić codzień.  Nie trzeba Sylwestra żeby zacząć się zmieniać.  Można zacząć od dziś , albo od jutra od godziny 11. Każdy moment jest dobry żeby robić coś ze swoim życiem .

Ja zaczynam pełną parą w fundacji.
Mam pomysł na piękny kalendarz .
I zrobię go.  Zrealizuje kolejne marzenie .
I zrobię to tak że przy okazji pomogę innym. .
Martwią mnie spojrzenia Prezesa .
Martwią mnie jego wiadomości które sa ewidentnie elementem jakiejś gry .
Jeszcze nie wiem jakiej .
Martwię się o siebie sama. Czasami mam wrażenie że przyciagam kłopoty .
Skomplikowane sytuacje .
Mężczyzn którzy potrzebują odmiany w życiu .
Nie chce być czyjąś odmianą.  Atrakcją na jakiś czas , nie chce mężczyzn naprawiać i pokazywać im jak można inaczej .

Chce być czyjaś.  Chce żeby ktoś był mój .
Nie chce być chwilowym pośrednikiem w drodze do szczęścia. 
Chce leżeć na mokrej trawie i patrzeć w niebo .

Spacerować nocą .

Przytulać się do czyichś pleców .

Czuć oddech , bicie serca .

Chce być wsparciem .

I chce być priorytetem.
Chce żeby Ktoś chciał .
Uczył mnie brać .
Nie chce być .. chwilą. 

A wszystko w moim życiu ostatnio się do tego sprowadza . Jestem czyjąś chwilą .
Na jakiś czas .

Potwory świętująod tygodnia albo i lepiej .
Szkolne Wigilie . Wigilie Fundscyjne.
Wigilia w domu .
To rozbrykane , rozmieszczone i wykochane Potwory.
Jestem z nich bardzo dumna .
Które dzieci miały by w domu magazyn prezentów i słodyczy i potrafiłby się powstrzymać . Przed aferą zazdrości ze to nie ich prezenty .
Przed pozarciem w ukryciu połowy czekolad .
No które?  
A oni ? Oni pomagają . Pakują ze mną.
Liczą czekolady owijaja wstążka .
Od zawsze uczestniczą w moich wariactwach .

Życzę Wam wszystkim spokojnych świąt .

Smok .